2 czerwca 2015

19. Czas wracać na bloga!

Witam was serdecznie (o ile jeszcze jest kogo)! 

Długo tutaj nic nie pisałam, na stronie Facebooka trochę więcej, więc jeśli chcecie wiedzieć co tam zamieszczałam, to zapraszam serdecznie do kliknięcia w ikonkę po prawej stronie. W każdym razie czas tutaj wrócić i skończyć historię Karmen! Przed nami kilka ważnych wydarzeń, zamknięcie większości wątków i nieoczekiwany koniec! Przynajmniej mam nadzieję, że nieoczekiwany. ;) Kiedy rozdział? Sądzę, że w następnym tygodniu. Mam nadzieję, że cieszycie się razem ze mną i ktoś czeka na koniec mojego opowiadania! 

Po głowie chodzi mi dużo pomysłów odnośnie kolejnego bloga luźno powiązanego z Shaman King, ale na razie nie zamierzam ich realizować. Zbyt mały jest nasz fandom, żebym mogła poczuć, że jest dla kogo pisać, a wiadomo, że dla samej siebie mogę bazgrać do szuflady. No, ale dosyć gadania o wszystkim i o niczym! Obserwujcie moją stronę na Facebooku, aby łapać wszystkie nowinki i nie przegapić najbliższych postów! :D

Pozdrawiam i do zobaczenia wkrótce! :* ♥

31 grudnia 2014

Rozdział XXVII ~Wesołego Nowego Roku!~

Witajcie! W końcu przybywam z nowym rozdziałem - miał być na święta, ale coś mi jak zwykle nie wyszło, więc jest na nowy rok! Życzenia noworoczne i podsumowanie 2014 roku jest na stronie na facebooku (ikonka po prawej). Tutaj napiszę skromne: 

Wesołego Nowego 2015 Roku!


PS: Serdecznie przepraszam za wszelkie błędy. Jeśli jakieś zauważycie - napiszcie w komentarzu. Buziaki! :*

***********************************************************


„Prawda boli, dlatego chcemy żyć w kłamstwie.”

- To zaklęcie zapewni ci ochronę. Niezbyt długą co prawda, ale na pierwsze kilka ataków wystarczy – powiedziała Death, tłumacząc mi działanie czaru, którego formułę przed chwilą mi podyktowała.
Duch uczył mnie z księgi już dobrych parę godzin. Tak naprawdę nie byłam w stanie zapamiętać nawet połowy z tego, co do mnie mówiła przez co czułam, że po prostu tracimy cenny czas. Ten fakt irytował mnie coraz bardziej z każdym kolejnym zdaniem wypowiedzianym przez nią, ale kiedy tylko próbowałam ją jakoś ponaglić, mniej lub bardziej delikatnie, ona zupełnie ignorowała moje słowa i dalej prowadziła monolog. Nic więc dziwnego, że w którejś chwili poważnie zastanawiałam się nad zatrzaśnięciem woluminu tuż przed nosem białowłosej. Kiedy jednak przemyślałam to chwilę dłużej doszłam do wniosku, że wtedy mogę nie dowiedzieć się jak mam się przenieść do kryjówki Daimona. Musiałam więc po prostu czekać aż Death skończy i starać się zapamiętać jak najwięcej.
A przyznać muszę, że sporo się naczekałam – kiedy zaczynałyśmy był późny wieczór, teraz z kolei świtało. I właśnie w tej chwili, jak za dotknięciem magicznej różdżki, kobieta pozwoliła wrócić mi do strony z najistotniejszym dla mnie zaklęciem. Swoją drogą dopiero kiedy zobaczyłam pierwsze promienie słońca majaczące na horyzoncie, zdałam sobie sprawę z tego, że wcale nie odczuwam zmęczenia. Może była to zasługa krwi, którą wcześniej wypiłam, a może tego, że zbyt wiele emocji we mnie buzowało. Niezależnie od przyczyny miałam nadzieję, że w momencie gdy będę musiała walczyć, nagle nie zasłabnę. To by była przykra i zupełnie nieoczekiwana porażka, z którą pewnie nigdy bym się nie pogodziła…
- Jesteś gotowa? – zapytał stróż. Spojrzałam na nią uważnie. Oczywiście wcale nie byłam gotowa, ale nie sądziłam, że na coś takiego można w ogóle być kiedykolwiek gotowym. Dlatego też wzięłam głęboki wdech i skinęłam głową z taką pewnością, na jaką było mnie w tej chwili stać. – W porządku. Zamknij oczy, powtarzaj za mną wyraźnie i, na Boga, myśl tylko o tym jednym miejscu! – powiedziała. Przeszedł mnie dreszcz. Zupełnie niepotrzebnie przypomniała mi o tym, że mogę nie przeżyć transportowania się, ale nie zamierzałam się przez to wycofywać. Z całą pewnością postradałam zmysły. – Zaczynam…
Chłodny głos Death sprawił, że od razu się skupiłam, jednocześnie prostując się gwałtownie. Byłam napięta jak struna, ale taka postawa chyba mi pomagała. Myślałam tylko o tym, gdzie trzymał mnie Daimon. Pamiętałam wejście do tego miejsca i dużą salę, w której go zastałam i w której odbyła się moja mała potyczka. Słowa w języku demonów, które wypowiadał mój duch, przebijały się przez te wspomnienia w formie echa. Powtarzałam je za nią ostrożnie i powoli, żeby niczego nie pomylić. Starałam się nie myśleć o niczym innym i choć z początku szło mi naprawdę dobrze, w ostateczności okazało się to naprawdę trudnym zadaniem. Wcześniej, kiedy jeszcze czytałyśmy z księgi, zastanawiałam się nad tym co by zrobił Hao, gdybym nagle pojawiła się w jego pokoju w formie połowy ciała, albo jedynie głowy…
Białowłosa skończyła już mówić, ja powtarzałam właśnie ostatnie słowa. Pod koniec wypowiadania formuły poczułam silne szarpnięcie, które odebrało mi na chwilę dech w piersi. Jakby jakaś niewidzialna dłoń wniknęła w moje ciało i ścisnęła wszystkie narządy w małą, nieforemną kulkę. Krzyknęłam niekontrolowanie z bólu. I może również ze strachu, bo byłam święcie przekonana, że właśnie rozpadam się na kawałki, że umieram, że zostałam oszukana i to, co przed chwilą powiedziałam w nieznanym sobie języku wcale nie miało mnie nigdzie przenieść, tylko zniszczyć.
Kiedy otworzyłam oczy, które zamknęłam niewiadomo kiedy, wokół było ciemno i chłodno. W otaczającej mnie ciszy słyszałam tylko swój przyspieszony oddech. W pierwszej chwili pomyślałam, że umarłam i jestem w jakiejś dziwnej pustce między światami – jak wtedy, gdy przemieniałam się w demona. Z błędu wyciągnął mnie dopiero piasek, który poczułam pod swoimi dłońmi. Usiadłam gwałtownie, zupełnie nagle zaczynając widzieć kształty w mroku. Spojrzałam na swoje ciało ze zdumieniem odkrywając, że jestem w jednym kawałku. Ba! Nawet nic mnie już nie bolało!
Uśmiechnęłam się do siebie na chwilę zapominając o tym gdzie i po co jestem. Byłam po prostu szczęśliwa, że żyję. Dopiero pod dłuższej chwili rozejrzałam się w poszukiwaniu białowłosej. Dostrzegłam ją wiszącą w powietrzu nad Perlin, która wydawała z siebie dziwne dźwięki. Zaskoczenia, albo bólu. Lub jednego i drugiego. Jeśli przeniesienie się tutaj zabolało ją tak jak mnie, to wcale się jej nie dziwiłam. Podeszłam do nich, patrząc przepraszająco na smoczycę. Pogładziłam ją po łuskowatym boku, co wyraźnie ją uspokoiło.
Gdy ona dochodziła do siebie ja zastanawiałam się nad tym, czy powinnam zabierać ją ze sobą do siedziby Daimona. Dodatkowa para oczu mogłaby mi się przydać. Jednak z drugiej strony ciężko byłoby dostać się do środka niezauważenie razem z tym dość sporym gadem. Do tego raczej nie należała ona do stworzeń szczególnie cichych. W ostateczności uznałam więc, że bardziej niż wsparcie liczy się dla mnie element zaskoczenia. Co mi po tym, że smok będzie razem ze mną, skoro od razu będą wiedzieli, że jesteśmy w środku? Co prawda nie miałam pojęcia jak to miejsce jest strzeżone. Jednak ostatnio odniosłam wrażenie, że raczej niezbyt dobrze, więc starałam się wierzyć w to, że sama mam większe szanse. Kazałam Perlin czekać na mnie niedaleko wejścia. W miejscu, w którym nie było jej widać.
Spojrzałam na swojego ducha, w myślach przypomniałam sobie cztery zaklęcia, które udało mi się zapamiętać i ruszyłam truchtem w odpowiednią stronę. Miałam nadzieję, że to nie okaże się najgłupszą rzeczą, którą kiedykolwiek zrobiłam i niedługo wyjdę z tego przeklętego miejsca razem z Akiją, całym i zdrowym.

*

- Mistrzu…
Opacho po raz kolejny zmienił opatrunek na szyi Hao. Rana wciąż nie chciała się goić, do tego prócz krwi, zaczęła się z niej sączyć czarna, gęsta substancja. Demonicznego pochodzenia, jak sądził Asakura. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma wiele czasu. Musiał połączyć się z Królem Duchów i ze swoim bratem najszybciej, jak to było możliwe. Dlatego zdecydował, że wyruszy do Zakazanego Lasu, gdy tylko dowiedział się jak tam dotrzeć. Nie mógł czekać, w końcu będzie zbyt słaby by wygrać czy choćby walczyć.
Murzynek patrzył na niego wielkimi oczami. Nie mógł się pogodzić z tym, że jego mistrz ma zamiar tak ryzykować bo będąc medykiem wiedział, że nie powinien teraz się nadwyrężać. Może i nie miał doświadczenia z takimi ranami jak ta na szyi brązowowłosego, ale wiedział wystarczająco dużo by stwierdzić, że nic dobrego nie wyniknie z nadmiernego wysiłku. Najzwyczajniej w świecie się martwił, ale miał świadomość, że nie uda mu się zmienić zdania Hao, więc nie zamierzał nawet próbować. Nawet jeśli mieliby dziś obaj zginąć, to woli być do samego końca u jego boku.
Asakura wstał bez słowa, poprawił swój płaszcz, po czym wyszedł z namiotu nie czekając nawet na Opacho. Na zewnątrz czekali na niego jego zwolennicy. Byli gotowi wyruszyć z nim na ostatnią, najważniejszą walkę. I byli pewni zwycięstwa. Zmierzył ich wszystkich wzrokiem. Na jego twarzy malowała się stanowczość i siła, która z każdą kolejną sekundą z niego ulatywała. Nie mógł dać tego po sobie poznać.
- W końcu nadszedł dzień, na który czekałem tysiąc lat… - powiedział cicho, ale wyraźnie. Z całą pewnością wszyscy go usłyszeli. – Dzień, w którym zapoczątkujemy nową erę!

*

Nie miałam pojęcia, czy już mnie ktoś zauważył, czy jeszcze nie, ale udało mi się dostać aż do wejścia. Oczywiście istniało prawdopodobieństwo, że wpadnę w zasadzkę, że chcą doprowadzić do tego, abym weszła do środka. Dlatego też na wszelki wypadek kazałam mojemu duchowi zajrzeć do środka. Uznałyśmy, że najlepszą metodą na porozumiewanie się będą myśli, więc właśnie za ich pomocą Death przekazała mi, że pomieszczenie jest puste. Weszłam cicho do środka, rozglądając się uważnie. Rzeczywiście – nikogo tutaj nie było. Poza tym coś mi tutaj nie pasowało, ale chwilę mi zajęło zorientowanie się co.
Wszystko co zapamiętałam, w zasadzie uległo zmianie. Okrągłe pomieszczenie, które wtedy było zupełnie puste, teraz pełne było mebli. Długi, marmurowy stół stał na samym środku, pod ścianami były ustawione kamienne ławeczki. Do tego było tutaj nieco ciemniej, a kolorystyka ścian i podłogi zmieniła się na granat i czerwień. Do złudzenia przypominało mi to jakiś ołtarz, a to zdecydowanie budziło we mnie złe przeczucia.
- Czuję go – Głos mojego ducha rozbrzmiał w mojej głowie. Musiała usłyszeć o czym pomyślałam. – Z całą pewnością żywego.
- Wiesz gdzie jest? – zapytałam, nie mogąc oderwać wzroku od stołu. Nie mogłam od siebie odepchnąć wizji zabitego na nim granatowowłosego.
- Tak sądzę.
W końcu na nią spojrzałam, natrafiają na jej wzrok. Pokazała mi w którą stronę powinnyśmy iść. Skinęłam jedynie głową, po czym obie ruszyłyśmy cicho korytarzem. Co chwilę gdzieś skręcałyśmy, a ja za każdym kolejnym przejściem spodziewałam się natknąć na stado demonów, które mnie złapie. Ale nikogo tutaj nie było. Zaczynałam nawet myśleć o tym, że może wszyscy gdzieś się wybrali, ale to byłoby tak nieprawdopodobne, że co chwila odpychałam od siebie ten absurd.
I dobrze z mojej strony, że nie przyzwyczaiłam się do tego, że jestem tutaj sama, bo w końcu usłyszałam jakieś głosy. Właściwie jeden i dałabym sobie odciąć rękę, że należał do Daimona. Spojrzałam na swojego stróża, który posłał mi uśmiech pełen wsparcia. Denerwowałam się jak cholera. Bałam się, że nie uda mi się nic wskórać, że mnie pokonają, zabiją mnie i Akiję. Moim jedynym pocieszeniem było to, że w razie porażki mogłabym sobie powiedzieć, że próbowałam wszystkiego i poległam walcząc. Wzięłam głęboki wdech i z tą myślą w głowie znów zaczęłam iść przed siebie. Doszłam w końcu do jednego z przejść i ostrożnie zajrzałam przez nie do pomieszczenia. Ledwo powstrzymałam się przed wbiegnięciem do środka, gdy zobaczyłam co tam się dzieje.
Na samym środku dużego, ciemnego pokoju klęczał Akija, przytrzymywany za ramiona przez dwa inne demony. Był posiniaczony, na jego ciele widziałam zaschniętą krew i brud. Nie widziałam co prawda jego twarzy, bo miał spuszczoną głowę, ale spodziewałam się, że i tam ma mnóstwo świeżych ran. Miałam ogromną ochotę podbiec tam uderzyć pierwszego z tych potworów, który wejdzie mi w drogę i przytulić granatowowłosego najmocniej jak się dało. Wiedziałam oczywiście, że nie mogę tego zrobić, ale emocje wezbrały we mnie niebezpiecznie. Musiałam się uspokoić, więc zaczęłam analizować sytuację.
Stało tutaj około dziesięciu osób. Kilka z nich znałam z widzenia - były to demony, z którymi byłam zmuszona walczyć podczas ucieczki z Terrą. Kiedy po raz kolejny omiotłam wszystkich wzrokiem zdałam sobie sprawę z tego, że po lewej stronie od Akiji stoi Klara, również przytrzymywana przez jednego z mężczyzn. To trochę komplikowało sprawę. Jeśli rzucę się na pomoc jednemu z nich, drugie będzie w bezpośrednim zagrożeniu. Z drugiej strony wiedziałam doskonale, że w pojedynkę nie mam z nimi wszystkimi szans. Przeklęłam pod nosem i schowałam się za ścianą, przytykając do niej czoło. Była przyjemnie zimna. Nie mogłam się teraz wycofać. I nie zamierzałam tego robić. Zaszłam zbyt daleko i miałam pewność, że granatowowłosy wciąż żyje. Nie mogłam go tutaj zostawić.
Zastanawiałam się wciąż co robić, kiedy usłyszałam krzyk. Zajrzałam ponownie do środka. Jeden z podwładnych Daimona stał za więźniem swojego pana z batem w ręce. Byłam niemal przekonana, że przed chwilą zadał cios. Uśmiechał się paskudnie, patrząc na białowłosą po lewej. To ona krzyknęła. Wydawała się przerażona swoją bezradnością. A ja poczułam, że jeśli chcę coś zrobić, muszę się za to wziąć właśnie teraz. Spojrzałam jeszcze raz na całą sytuację. Jeśli udałoby mi się uwolnić Klarę, być może pomogłaby mi. Nie wiedziałam jednak jak to zrobić.
- Zaklęcie. – Death podsunęła mi pomysł.
Spojrzałam na nią zastanawiając się, o jakie zaklęcie może jej chodzić. Zdecydowanie nie było to żadne z tych czterech, które jakimś cudem udało mi się zapamiętać. Ściągnęłam więc brwi, na co ona przewróciła oczami, zniecierpliwiona. Powtórzyła mi odpowiednią formułę i przypomniała, że pozwoli mi ona na chwilowe zadymienie całego pomieszczenia. Zamierzałam więc faktycznie je wykorzystać, choć zła strona była taka, że ja również nie miałam możliwości widzenia przez tę gęstą mgłę. Dlatego też starałam się zapamiętać rozmieszczenie wszystkich osób oraz przedmiotów. Kiedy po raz ostatni zerknęłam na wszystko, wypowiedziałam cicho zaklęcie.
Całe pomieszczenie od podłogi aż po sufit wypełniło się ciemnym, gęstym dymem. Ruszyłam biegiem przed siebie korzystając z ich tymczasowego rozkojarzenia. Starałam się celować mniej więcej w miejsce, gdzie stał „strażnik” Klary. Wyciągnęłam rękę na lewo, by mój stróż uformował się w miecz i zadałam cios modląc się w duchu, żeby trafić odpowiednią osobę. Usłyszałam męski krzyk, a później przekleństwo. Odbiłam w prawo, gdzie stała jedna z kobiet i ponownie zamachnęłam się ostrzem licząc na to, że nie zmieniła lokacji. Znów udało mi się trafić. Ale jeśli chodzi o moje sukcesy, to by było na tyle.
Mgła zaczęła powoli opadać i zostałam zauważona. Chwilę później uderzono mnie z pięści prosto w twarz – nawet nie zorientowałam się kiedy. Zrobiłam kilka chwiejnych kroków do tyłu, a później odskoczyłam, by uniknąć kolejnego ciosu. Wypowiedziałam zaklęcie chroniące i ruszyłam na rosłego mężczyznę-albinosa, ale nim zdążyłam do niego dobiec, usłyszałam krzyk Akiji. Oczywiście spojrzałam w jego stronę, co było moim ogromnym błędem. Wystarczyły dwa ciosy tego wielkoluda, żeby przebić się przez moją ochronę i trafić z kolana w mój brzuch. Zgięłam się wpół, trafiając po drodze twarzą na jego pięść, która powaliła mnie na ziemię. Poczułam metaliczny smak krwi w ustach. Przymknęłam oczy mając świadomość, że już przegrałam. Nie znaczyło to jednak, że miałam zamiar przestać walczyć. Wyciągnęłam przed siebie dłoń, wypowiadając kolejne zaklęcie. Demon znieruchomiał i padł jak długi tuż obok mnie. Wstałam najszybciej jak umiałam, zdając sobie sprawę z tego, że jestem bardziej poobijana niż mi się zdawało – wszystko mnie bolało. Rozbieganymi oczami szukałam kolejnej osoby, którą mogłabym zaatakować.
- Radzę ci przestać, jeśli chcesz, żeby on przeżył!
Spojrzałam gwałtownie w stronę Daimona, który przemówił. Bladą dłoń miał dość mocno zaciśniętą na gardle Akiji, który praktycznie nie miał siły się ruszyć. Miałam chęć ruszyć w ich stronę i już miałam jakąś odpowiedź na końcu języka, ale zdałam sobie sprawę z tego, że to nie do mnie zostały wypowiedziane te słowa, a do Klary, która klęczała za moimi plecami z jedną z kobiet na kolanach i wysysała z niej krew. Przerwała chwilę po tym, jak na nią spojrzałam, po czym odrzuciła ciało swojej ofiary na bok, jak szmacianą lalkę. Wstała i po wykonaniu kilku kroków stanęła po mojej lewej stronie. Omiatając pomieszczenie wzrokiem dostrzegłam, że we dwie udało nam się powalić pięć z dziesięciu znajdujących się tu osób. Cóż, mimo przegranej to był całkiem niezły wynik…
Teraz jednak zastanawiałam się, co dalej. Wciąż było przeciw nam pięć demonów. Poza tym nawet jeśli miałyśmy jakieś szanse na ich pokonanie, bałam się, że coś może się stać granatowowłosemu, jeśli razem z Klarą zaatakujemy. Postawiłam więc na zachowywanie się, jakby to nie Daimon trzymał mnie w garści, a ja jego.
- Uwolnij go, a nikomu już nic się nie stanie. Wyjdziemy stąd i już więcej nas na oczy nie zobaczysz… – powiedziałam głośno, wpatrując się w jego oczy. Jego śmiech poniósł się echem po całym pomieszczeniu, ale na jego twarzy nie widziałam nic innego prócz złości.
- Nachodzisz mnie w moim własnym domu i uważasz, że możesz mieć jakiekolwiek żądania?
- Zmusiłeś mnie, żebym tu przyszła. Uwięziłeś jednego z moich przyjaciół, powinieneś spodziewać się, że po niego przyjdę.
- Jesteś równie głupia jak uzdolniona – powiedział, mrużąc oczy. Nie zamierzałam w żaden sposób kometować tych słów.
- Do czego ci on? Co masz z tego, że go tutaj trzymasz?
- Och, tak naprawdę do niczego go już nie potrzebuję. Miał jedynie wyjawić gdzie jesteś, albo sprowadzić cię do mnie… Jak widzisz mój plan się powiódł.
Uśmiechnął się do mnie szkaradnie, zadowolony z samego siebie, a ja zazgrzytałam jedynie zębami. Chciał mnie tutaj, a ja głupia przyszłam… I choć domyślałam się tego już wcześniej, to czułam się jak zupełna idiotka. Nie wiedziałam też, co zrobić. Poddać się? Uciekać i znów zostawić tutaj Akiję? Walczyć i zaryzykować, że ktoś go skrzywdzi, albo zabije? Żadna opcja nie wydawała mi się tą właściwą.
- Och, nie bądź na siebie zła. Każdy przyszedłby ratować jedynego żywego członka swojej rodziny!
- Słucham? – Oczywiście nie była to rzecz, która w tej chwili powinna najbardziej mnie interesować, ale mimo wszystko nie mogłam nie zwrócić uwagi na słowa „członek twojej rodziny”. Zmarszczyłam brwi zastanawiając się, czy aby się nie przesłyszałam. Wymyślanie planu działania zeszło na drugi plan.
- Och… - zacmokał. – Nic nie wiesz? – Spojrzał na trzymanego mężczyznę i zacisnął mocniej dłoń na jego szyi tak, że ten poruszył się niespokojnie, a później kaszlnął i wziął głęboki haust powietrza. – To bardzo, bardzo nieładnie, że jej nie powiedziałeś.
- Zostaw go, do cholery! – krzyknęłam. Zrobiłam krok w przód, a Death znów uformowała się w miecz w mojej dłoni, ale Klara chwyciła mnie za ramię i zatrzymała, nim zdążyłam zrobić coś naprawdę głupiego. – O czym ty w ogóle pieprzysz?!
- Biorąc pod uwagę sytuację w jakiej się znajdujesz, bardziej uważałbym na słowa, na twoim miejscu… - powiedział spokojnym i przesłodzonym głosem. – Ale rozumiem: nerwy, emocje. Więc ci wytłumaczę. – Granatowowłosy znów poruszył się niespokojnie, jakby chciał zaprotestować, ale Daimon w ogóle nie zwracał na niego uwagi. – Ten demon jest twoim bratem.
- Bratem… - powtórzyłam głucho.
W jednej chwili poczułam, jak robi mi się sucho w gardle i nogi się pode mną uginają. Cudem nie padłam na ziemię. Odtwarzałam teraz w głowie wszystkie sytuacje, które mogły mnie pchnąć w stronę myśli, że on jest moim bratem. Było ich całkiem sporo. Na tyle, żebym spokojnie mogła uznać się za głupią. Dlaczego wcześniej nie zastanowiłam się nad taką opcją? A może myślałam o tym, ale nie chciałam tego do siebie dopuścić? Tylko dlaczego? I czemu teraz to tak bardzo mnie bolało…?
- Kłamiesz – syknęłam w końcu, patrząc pustym wzrokiem w podłogę. W moich oczach zebrały się łzy, ale nie wiedziałam do końca dlaczego. – Jesteś kłamcą!
Mój głos poniósł się echem po pomieszczeniu. W chwilę po nim zaśmiały się wszystkie obecne tutaj wrogie demony. Wiedziałam doskonale, co jest powodem ich radości. I miałam ochotę ich wszystkich pozabijać. Okropną ochotę zatopić w nich zęby… Gdy ostatnie odbite od ścian dźwięki ucichły, Daimon znów się odezwał.
- Naprawdę chcesz wierzyć, że kłamię? A może Akija sam się w końcu przyzna, kim jest? Zapytajmy go. – Uniósł jego głowę do góry tak, by było wyraźnie widać jego twarz. Spojrzałam w nią i nic więcej nie było mi potrzebne do tego, by uwierzyć. Jego wzrok jednocześnie wyrażał żal, smutek i przepraszał. Zacisnęłam zęby, machając głową w niedowierzaniu.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś…? – szepnęłam po dłuższej chwili.
- Karmen… - Klara odezwała się tak nagle, że niemal zamachnęłam się na nią bronią. Zdążyłam już zapomnieć, że stoi tuż obok. – On uważał, że w tej sposób cię broni. Ja chciałam, byś wiedziała od początku… - powiedziała cicho.
- Pieprzenie! – wrzasnęłam wściekła. – To w żaden sposób nie mogło mnie uchronić! I niby przed czym by miało, do cholery?! On się zwyczajnie bał przyznać, kim jest! – Nie wiedziałam, dlaczego jestem na niego zła. Ale byłam. Z resztą nie tylko na niego. Na siebie, Daimona, kobietę u mojego boku…
Nogi się pode mną uginały. Nie mogłam tego wszystkiego znieść. Kątek oka zobaczyłam, że Klara cofa się o krok ode mnie. Dopiero po tym zdałam sobie sprawę, że znów robi się wokół mnie gorąco. Zaczęłam oddychać szybko i płytko, starając się nie rozpłakać. Chwyciłam się za głowę. Co to wszystko miało znaczyć? Jaką rolę odgrywałam w całej tej plątaninie ludzi, kłamstw i innych rzeczy? Krzyknęłam, wbijając miecz ze swojego ducha głęboko w podłogę. Rozpadł się zaraz po tym, a stróż pojawił się obok mnie.
- Wypuść go… - powiedziałam gardłowo.
- Och, daj spokój. To jeszcze nie wszystko. Skoro już otworzyliśmy ten nasz kącik zwierzeń, powinnaś dowiedzieć się jeszcze więcej?
Nie miałam ochoty nawet na niego patrzeć. Ale wiedziałam doskonale, że uśmiecha się do mnie tym swoim paskudnym uśmiechem. Nawet nie miałam siły pomyśleć nad tym, o co może mu chodzić. Ale wcale nie musiałam się nad tym głowić, bo on szybko sam dał mi odpowiedź na to pytanie.
- Kaiso!
Moje oczy powiększyły się znacznie. To nie działo się naprawdę… Podniosłam głowę, żeby się rozejrzeć, ale nie było tutaj wezwanego mężczyzny. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że pojawia się jakby zza tafli wody tuż przed demonem. Klęczał na jednym kolanie z pochyloną głową. Łzy niekontrolowanie zaczęły płynąć po moich policzkach. Wciąż były krwawe.
- Wujku…? – szepnęłam ledwie słyszalnie. Ale do niego ten dźwięk dotarł. Spojrzał na mnie zdezorientowany i wystraszony, a później opuścił głowę.
- Kaiso, może powiesz naszej drogiej Karmen, kim jesteś? – Daimon był z siebie zadowolony. Wpatrywał się we mnie z taką satysfakcją. Doskonale wiedział, że w tej chwili mnie niszczy. Rozbija na małe kawałeczki.
- Panie, błagam… - To brzmiało niemal jak łkanie.
- Mów!
Zapadła cisza. Dłużyła się niemiłosiernie. Mężczyzna zbierał się w sobie, żeby powiedzieć cokolwiek. Prawdę… Ale ja wcale nie chciałam wiedzieć. Nie chciałam już nic więcej wiedzieć! Chciałam zniknąć. Obudzić się nagle w swoim łóżku i dowiedzieć, że wszystko co się do tej pory zdarzyło było snem. Przykrym koszmarem.
- Jestem… twoim sługą panie.
- Och, to już wszyscy wiemy. Nie krępuj się. Powiedz więcej.
- Ja… trenowałem cię dla niego. – Te słowa skierował do mnie, choć nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. – Od samego początku trenowałem cię dla niego. Dołącz do nas. – Dopiero wypowiadając te słowa, podniósł na mnie wzrok. – Dołącz, a nikt nie ucierpi.
Wpatrywałam się w niego. Byłam zła, rozczarowana, zraniona… Wszyscy wokół mnie okazali się kłamcami. Wszyscy, bez wyjątku. Czy cokolwiek w moim życiu było więc prawdziwe? Czy ktokolwiek był tym, za kogo się podawał? Chciałam się obudzić z tego koszmaru. Zacisnęłam oczy czując, że tracę nad sobą kontrolę. Jak wtedy, gdy zaatakowałam Hao. Wokół mnie było tak gorąco, że bez problemu dało się dostrzec falujące powietrze. Upadłam na kolana, krzycząc głośno, by dać upust emocjom. Słowa „Brać ją” były ostatnimi, jakie usłyszałam…

*

Dotarcie do Sanktuarium wymagało od Hao wiele jego energii, tak samo jak przeniesienie tutaj jego uczniów. Podzielił się z nimi również foryoku. Był więc osłabiony, kiedy dotarł na miejsce, ale wciąż wystarczająco silny, by walczyć ze swoim bratem. Wystarczająco silny, by go pokonać, choć walka była zacięta. Asakura chciał połączyć swoją duszę w jedno, ale okazało się, że jest to zupełnie niepotrzebne. Wygrał. Nie tylko tę walkę, ale cały Turniej. Pokonał wszystkich i choć radzie nie było to na rękę w żadnym, nawet najmniejszym stopniu, miał pełne prawo do wygranej. Do połączenia się z Królem Duchów.
Był wycieńczony. Rana na szyi go zabijała. Jego jedyną nadzieją było to, że po połączeniu się z Wielkim Duchem, zostanie uzdrowiony. I tak rzeczywiście się stało – ślad po ugryzieniu niemal natychmiast się zabliźnił. Ale siły nie wróciły, musiał odpocząć. Rada Szamanów zgromadziła się w Sanktuarium wokół niego. Gotów byli walczyć z jego potęgą, ale on wcale nie zamierzał walczyć. Chciał odpocząć, odzyskać siły, a później odnaleźć Karmen…
Świat nie zamierzał nigdzie mu uciekać. Wiedział doskonale, że później również będzie mógł zrealizować swój plan, który swoją drogą zdążył ulec sporej korekcie. Nie miał zamiaru zabijać ludzi. Teraz jego celem było zlikwidowanie demonów – przynajmniej tych, które były bezpośrednim zagrożeniem. A równowagę na świecie zamierzał przywrócić w znacznie bardziej pokojowy sposób niż zabijanie. Teraz jednak w głowie miał jedynie odnalezienie Amasuki. Musiał to zrobić jak najszybciej się dało.
 - Hao Asakura… Zostałeś Królem Szamanów. Nie myśl jednak, że Rada nie stawi ci oporu w razie takiej konieczności. – Goldva odezwała się do niego mocnym głosem. On chwilę nie odpowiadał, stojąc z zamkniętymi oczami. Otworzył je i spojrzał na starszą kobietę.

- Nie ma takiej potrzeby – odparł spokojnie, posyłając jej swój delikatny uśmiech. –  Swoją pozycję zamierzam wykorzystać w sposób, który powinien przypaść wam do gustu. Nie sądzę, byście byli zmuszeni do jakiegokolwiek działania. Ale pozwólcie, że porozmawiamy na ten temat innym razem i w bardziej sprzyjającym otoczeniu… - Po tych słowach skinął głową w stronę członków Rady. Chwilę później już go tam nie było.

14 lipca 2014

Rozdział XXVI


Rozdział jest z... półgodzinnym opóźnieniem, bo miał być w zeszłym tygodniu, a już mamy poniedziałek. Tak czy inaczej - JEST! :D Po nieco ponad miesiącu, ale wraz z nim dostajecie w bonusie nowy wygląd bloga! :3 Jestem z niego bardzo zadowolona, sama zrobiłam CSS, przy czym trochę się narobiłam. Za śliczny nagłówek bardzo dziękuję mojej przyjaciółce, na której BLOGA zapraszam wszystkich fanów yaoi.

Generalnie chcę też wam bardzo podziękować za to, że pod ostatnim rozdziałem znalazłam tyle komentarzy. Czytelnicy to jest to, co nakręca chyba każdego blogera i cieszę się, że wytrzymujecie moje długie nieobecności :) Jestem wam za to niesamowicie wdzięczna.
Chciałabym w tym miejscu napisać, że do końca historii zostało zaledwie kilka rozdziałów (myślę, że nie więcej niż pięć). Trochę mi smutno z tą myślą, ale jednocześnie się cieszę, bo wiem, jak trudno mi się pisze te ostatnie części. Jestem już, nie ukrywam, mocno zmęczona tą historią, choć nie wiem z czego to wynika. Nie mniej dostałam kopnięcie energii i w mojej głowie mocno ukształtowało się zakończenie, więc wierzę, że szybko pójdzie mi spisanie tego pomysłu :) Jednocześnie mam nadzieję, że wytrwacie ze mną do samego końca - ostatnie rozdziały pełne będą wyjaśnień i akcji, więc nie powinniście przysnąć podczas czytania ;)
Pozdrawiam was serdecznie i zapraszam do czytania!


PS: Rozdział nie jest zbetowany, bo ja i przyjaciółka, która sprawdza mi opowiadanie, jesteśmy przy komputerze raczej rzadko, a jak już, to w zupełnie innych godzinach. Za wszelkie błędy przepraszam i uprzejmie proszę o wytknięcie ich w komentarzach :)


********************************************************************

„Dowiadujesz się jak cennym coś jest dla ciebie, gdy zostaje ci to odebrane.”

Hao milczał długo i nie wiedziałam już, czy w końcu się odezwie, czy też nie. W sumie niewiele mogłabym poradzić, gdyby się jednak rozmyślił. Odchrząknęłam, żeby dać mu znać, że wciąż czekam. Spojrzał na mnie, marszcząc brwi. Wyglądało to tak, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że tutaj z nim jestem. Nie zrozumiałam do końca dlaczego tak się stało, ale on nie dał mi zbyt wiele czasu na domysły, bo w końcu zdecydował się coś powiedzieć.
 - Byłoby znacznie łatwiej, gdybyś powiedziała mi co już wiesz – stwierdził. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- I dopiero teraz na to wpadłeś? – zapytałam, nie mając pojęcia, dlaczego w takim razie tak długo się namyślał. Nie dałam mu jednak szansy na odpowiedź, tylko kontynuowałam.
Tak jak mnie o to poprosił, powiedziałam mu co już wiem: kim byli moi rodzice, a nawet jakie mieli imiona. Kim jest Daimon i jaka jest jego historia. Asakura słuchał mnie w milczeniu i z uwagą, zupełnie jakby w tej chwili sam się dowiadywał kilku rzeczy. Raz po raz jego oczy zdradzały nawet zainteresowanie. Wyznałam mu również, że zdaniem mojej rasy to dość wyjątkowa sprawa, że jestem zarówno demonem jak i szamanką. Gdy zakończyłam, znów zapadła cisza. Po raz kolejny spojrzał na mnie tak, jakbym dopiero co się pojawiła, albo jakby dopiero zanotował, że skończyłam mówić.
- W takim razie wiesz już prawie wszystko, co mógłbym ci powiedzieć – mruknął. Wydawał się tym faktem naprawdę niepocieszony.
- Prawie? – Uniosłam brew. - Czyli możesz mi coś jeszcze zdradzić? – zapytałam z entuzjazmem.
- Naprawdę niewiele, to będzie jedynie dopowiedzenie pewnych rzeczy. – Nie patrzył na mnie, tylko gdzieś w bok. - Wiesz już kim jest twój duch. Ja wiem jedynie, że możesz się z nim połączyć w sposób, który przerasta możliwości każdego szamana. Zyskasz dzięki temu jej moc, umiejętności, wiedzę… Ale nie jestem w stanie cię tego nauczyć – powiedział od razu, jakby sądził, że właśnie to mi teraz chodzi po głowie. – Jeśli z kolei chodzi o twoją przeszłość, to nic więcej nie mogę ci powiedzieć. Wiesz dokładnie to, co i ja. A Daimon… - Zamilkł na dłuższą chwilę, mrużąc oczy. - On wciąż cię chce – mruknął w końcu. – Będzie cię szukał tak długo, aż znajdzie. Uważa, że jesteś w stanie bardzo mu pomóc w jego „misji”. Co prawda nie będzie mógł wykorzystać twoich zdolności bez twojej zgody. – Nieświadomie uspokoił mnie tymi słowami, ale kolejnym zdaniem szybko to zepsuł. – Ale obawiam się, że byłby w stanie wywlec na wierzch twoje najgorsze cechy – dodał ciszej. Dreszcz przeszedł mi po plecach, choć nie do końca wiedziałam, o co mu chodzi.
- Moje najgorsze…? Co masz przez to na myśli? – zapytałam. Głos zdradził moje podenerwowanie, drżąc lekko. Brązowowłosy spojrzał na mnie i przyciągnął bliżej siebie, jakby chcąc dać mi poczucie bezpieczeństwa. Nie podziałało.
- Demony powietrza są w stanie wejść komuś do głowy i narobić bałaganu. W ciągu dnia podtrzymujesz blokadę, ale gdy śpisz, już nie. Daimon może to wykorzystać, zmanipulować twój umysł, zmienić cię w potwora. Może i nie będziesz mu posłuszna, ale sama zapragniesz zrobić to, co on chce byś zrobiła. Ale ma to swoje złe strony – przerwał na chwilę, a ja nie byłam pewna, czy chcę dalej słuchać. On jednak wcale nie pytał mnie o zdanie. – Jeśli to zrobi, nie będziesz mogła w pełni wykorzystać swoich zdolności. Tylko będąc w zgodzie z samą sobą możesz to zrobić.
- Wcale mnie to nie pociesza…
- Nie powiedziałem, że to czego się dowiesz będzie przyjemne. – Westchnęłam cicho.
- Więc co powinnam zrobić? – zapytałam, spoglądając mu w oczy. Zastanawiałam się, czy jest takie miejsce na świecie, gdzie nikt mnie nie znajdzie i będę miała spokój, ale miałam silne przeczucie, że nie.
- Ze mną jesteś bezpieczna. Przynajmniej na razie.
- Mogłeś nie dodawać tego drugiego… - mruknęłam niezadowolona. Uśmiechnął się lekko i odsłonił moją szyję od swojej strony, przerzucając moje włosy na drugie ramię. – To wcale nie jest śmieszne.
- Ależ oczywiście, że nie jest. Ale nie zamierzam z tego powodu chodzić cały czas w wisielczym nastroju i tobie też to radzę – powiedział, mrużąc powieki. Cmoknął mnie w skórę tuż za uchem. Kąciki moich ust same uniosły się do góry.
- Powiedziałeś mi już tak dużo… A nie chcesz zdradzić jak mnie znalazłeś? – rzuciłam po chwili ciszy, unosząc brwi. Wydawało mi się to dziwne. Zacisnął lekko wargi, pogłębiając moją podejrzliwość.
- Powiedzmy, że znalazłem osobę, która wiedziała gdzie się podziewasz… - Ostrożnie wymawiał każde kolejne słowo, jakby bał się zdradzić zbyt wiele informacji.
- Pewną osobę?
Zaczęłam się zastanawiać, kto to mógł być. Wybór miałam spory, bo przecież o mojej obecności w posiadłości Akiji wiedziało całe mnóstwo demonów. Jak wiele z nich mógł znać Hao? Zmarszczyłam nos. Spojrzałam na chłopaka uważnie, szukając odpowiedzi w jego oczach. I uderzyła mnie jedna, bardzo wyraźna myśl. Nie wiedziałam, dlaczego pomyślałam akurat o granatowosłosym, ale zamierzałam o niego spytać. Bo im dłużej o tym myślałam, tym bardziej dziwne wydawało mi się, że mój wybawca pojawił się dokładnie wtedy, kiedy zniknął demon…
- Akija…? – Mój głos zabrzmiał tak dziwnie, że ledwo byłam w stanie go poznać. Cichy, ale mocny i zimny jak sopel lodu. To, co przebiegło przez jego twarz, tylko upewniło mnie co do tego, że moje przypuszczenia są słuszne. – Co zrobiłeś Akiji? – rzuciłam oskarżycielsko.
Asakura wpatrywał się we mnie, starając się zachować stoicki spokój, ale ja widziałam, jak mieszanka różnych uczuć gra w jego źrenicach. Wstałam nieco gwałtowniej niż zamierzałam, odsuwając się od niego o kilka kroków. Również się podniósł, ale nawet nie próbował do mnie podchodzić. Cisza między nami była ciężka i gęsta, a ja chyba czekałam na jakąś jego odpowiedź. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że nie mam co na nią liczyć. Pragnęłam jednak, by zaprzeczył. Żeby powiedział, że to nie jego miał na myśli. Ale on jedynie milczał, mrużąc powieki. Wyraźnie widziałam napięcie w jego szczęce. Podjęłam próbę przeszukania jego myśli, ale skutecznie mnie zablokował. To było do przewidzenia.
Plułam sobie właśnie w brodę, że nie pomyślałam o tym od razu. Co prawda miałam silne przeczucie, że coś się stało złotookiemu, ale zupełnie nie powiązałam tego z pojawieniem się właściciela Ducha Ognia. Teraz już byłam pewna, że jest w to wplątany – inaczej odezwałby się, zaprzeczył i nie blokował tak zawzięcie swoich myśli. Pytaniem było jednak, co takiego mógł zrobić demonowi? Pomysły, które pokazały się w mojej głowie, nie należały do przyjemnych i żadnego z nich nie chciałam nawet brać pod uwagę. Jednak miałam też przykre wrażenie, że każdy z tych scenariuszy jest bardzo prawdopodobny. Szaman, który stał przede mną, był bezwzględny nawet dla innych biorących udział w turnieju. Na pewno nie dbał w żaden sposób o życie Akiji.
- Do cholery, mów co mu zrobiłeś! – wrzasnęłam. Kątem oka zobaczyłam, jak pod moimi stopami bucha niewielki płomień. Choć dotykał mnie, nie parzył mojej skóry, więc nie przejęłam się nim zbytnio.
- Proszę, proszę. Kto by pomyślał, że tak się przejmiesz losem tego demona… - rzucił sarkastycznie brązowowłosy, wykrzywiając usta w bardzo nieprzyjemnym uśmieszku.
- Odpowiadaj na moje pytanie! – Ogień rósł niebezpiecznie, razem z poziomem mojej złości. Mężczyzna wydawał się jednak w ogóle tym nie przejmować. – Ostrzegam cię!
- Przed czym? Mój duch ochroni mnie przed twoimi mocami… - stwierdził, unosząc drwiąco brew.
- Jesteś pewien? – Głos, którym to powiedziałam, wydał mi się obcy. Przypominał zwierzęcy warkot. Po twarzy mojego rozmówcy przebiegł cień, którego nigdy wcześniej tam nie widziałam. Strach…? Na jego czole, tuż pod linią włosów, pojawiły się kropelki potu. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy to z powodu rosnącej w pomieszczeniu temperatury, czy z powodu nerwów.
Wyciągnęłam na bok jedną rękę, w dłoni uformowała mi się płomienna kula, choć nie do końca nad tym panowałam. Trzymałam ją, wpatrując się ze złością w czarne oczy Hao. Wciąż czekałam na odpowiedź. Po strachu, który widziałam wcześniej, nie było już śladu i zwątpiłam, czy w ogóle tam był. Zamiast tego pojawił się chłodny, kpiący uśmiech, pełen złości. Zgrzytnął zębami i prychnął w moją stronę.
- W porządku – powiedział. Jego głos był zimny i ostry jak sopel. Zadrżałam mimo tego całego ognia, który mnie otaczał. Zdawało mi się, że mówi mi to tylko w wyniku złości, a nie dlatego, że czuje się przegrany. Wstrzymałam na chwilę oddech. – Jest u Daimona i sądzę, że już od dawna nie żyje…
Podczas kiedy ja musiałam wyglądać, jakby ktoś mocno dał mi czymś w brzuch, na jego twarzy wymalowała się dzika satysfakcja, ale nie wiedziałam czy z powodu tego, co zrobił wcześniej Akiji, czy może tego, że doprowadził mnie do takiego stanu. Granatowowłosy, choć więził mnie w swoim zamku, był dla mnie dobry i zdawało mi się, że jest jedyną osobą, która chce jedynie mojego dobra. Nawiązała się między nami nić sympatii, nawet nie wiedziałam kiedy. Po prostu stał mi się bliski i myśl, że mógł zginąć z mojego powodu, bolała mnie bardziej, niż mogłabym się tego spodziewać. A nawet jeśli żyje, to nie zostało mi wiele czasu na uratowanie go.
- Jak mogłeś… - sapnęłam, dopiero po minucie lub dwóch odzyskując zdolność mówienia.
Kiedy poruszyłam się do przodu, zupełnie nie myślałam o tym co robię, ani jakie to będzie miało skutki. Po prostu rzuciłam się w jego stronę. Ostatnią rzeczą, jaką zarejestrowałam, było zaskoczenie na jego twarzy. W jednej chwili wbiłam się zębami w jego szyję. Krew trysnęła mi do ust, a ja łapczywie ją spijałam, rozkoszując się jej słonawo-metalicznym smakiem. Długowłosy szamotał się dobrych kilka sekund nim odzyskał zdrowy rozsądek i wezwał swojego stróża. Wielka czerwona łapa oderwała mnie od szamana. Zapłonęłam swoim własnym ogniem czując pieczenie w całym ciele. Nie było ono wywołane ogniem, pochodziło z mojego wnętrza. Zdawało mi się, że przez moje żyły przepływa lawa. Zacisnęłam oczy, mówiąc słowa w języku, którego nawet nie znałam.
Kiedy otworzyłam je po dłuższej chwili, stałam w środku lasu. Z całą pewnością wciąż byłam w okolicy miasteczka, bo słyszałam jego dźwięki, przebijające się przez drzewa. Upadłam na kolana, oddychając nierówno i starając się uspokoić. Nie miało dla mnie teraz znaczenia, co zrobiłam Hao, choć na dnie serca tłukła mi się myśl, że właśnie go zabiłam. To robiłoby ze mnie zwykłego potwora, którym tak bardzo od samego początku nie chciałam zostać, więc nie miałam zamiaru się nad tym zastanawiać. Dopiero po kilkunastu sekundach zauważyłam, że ogień wokół mnie zgasł. Spojrzałam na swoje dłonie – były czerwone i lepkie od krwi. Zaczęłam niemal rozpaczliwym ruchem wycierać je o trawę przed sobą, zdzierając sobie skórę na drobnych kamyczkach. Moje paznokcie, które z niewiadomych przyczyn stały się niemal przezroczyste  i nienaturalnie długie, orały ziemię.
Zdawało mi się, że całą wieczność zajęło mi doprowadzenie się do normalnego stanu. Starałam się wytłumaczyć samej sobie, że Asakura przeżył, a plusem mojego czynu jest to, że dostałam znaczną dawkę energii, która z całą pewnością mi się przyda. Kiedy obmywałam się w niewielkim zbiorniku wodnym, bardziej przypominającym sporą kałużę niż jezioro, zobaczyłam swoje odbicie. Mimo tego, że obraz był nieco mętny, mogłam zauważyć, że ciemne włosy zostały zastąpione przez białe, niewiele jednak krótsze od poprzednich. Usta były nieco bardziej wydatne i mocno różowe, a twarz bardziej okrągła. Jedynym co pozostało takie samo były moje oczy – czerwone, w tej chwili niemal świecące, w których dostrzegałam najprawdziwsze iskry. Niechętnie przyznałam przed samą sobą, że dość mocno przypominam Klarę, ale to właściwie nie miało teraz dla mnie znaczenia. Nie zastanawiałam się nawet nad tym, dlaczego w ogóle przeszłam ponowną przemianę.
Teraz w mojej głowie była tylko jedna myśl - musiałam odnaleźć Akiję. Nawet jeśli nie byłam pewna, czy on wciąż żyje, chciałam go odnaleźć. Chociaż pamiętałam, że siedziba Daimona znajduje się na pustyni, nie miałam zielonego pojęcia jak tam dotrzeć, a szukanie zajęłoby mi zbyt dużo czasu. Musiałam się tam dostać jak najszybciej. Przygryzłam wargę, starając się skupić. Pomyślałam, że gdybym wiedziała jak brzmiało to zaklęcie, które wypowiedziałam by się tu dostać, może mogłabym przenieść się również tam? Ale to nie miało znaczenia, bo ani nie pamiętałam co powiedziałam, ani nawet nie znałam języka, którego użyłam. Miałam w tym miejscu czarną dziurę, tak jakbym wtedy zupełnie nie była sobą. Zaklęłam siarczyście pod nosem.
- Death – powiedziałam cicho, zdając sobie sprawę, że być może będzie mogła mi pomóc. W ostateczności była władczynią demonów, może więc znała ich język. Stróż pojawił się przede mną i zmierzył mnie wzrokiem z czymś na kształt zainteresowania. Wiedziałam, że rozpoznaje mnie po mojej energii, ale chyba była nieco zdziwiona tym, że wyglądam inaczej. Cóż, w ostateczności wszystkie demony miały możliwość przemiany, więc nie wiedziałam o co jej chodzi, ale nie zamierzałam tracić czasu na pytanie ją o to. – Pamiętasz siedzibę tego demona? Daimona? – zapytałam. Skinęła ostrożnie głową, jakby nie wiedziała, o co mogę ją poprosić i czy będzie chciała to dla mnie zrobić. – Jestem pewna, że jesteś w stanie mi powiedzieć, jak się tam dostać w jak najkrótszym czasie.
Patrzyła na mnie badawczo przez chwilę, po czym uśmiechnęła się. W jej twarzy dostrzegłam coś dziwnego, typowo diabolicznego. W normalnych okolicznościach zapewne by mi się to nie spodobało, ale w tej chwili nie przejęłam się tym zbytnio. Zbliżyła się do mnie tak bardzo, że nosem niemal dotykała mojego własnego. Patrzyła mi przy tym w oczy. Nie miałam pojęcia co robi, ale nie poruszyłam się, ani nie odezwałam. Czekałam. W końcu dotknęła mojego ramienia swoją chłodną dłonią. Poczułam się tak, jakby do mojej skóry przytknięto kawałek lodu.
- Znam miejsce, gdzie możesz się nauczyć odpowiedniego zaklęcia. – Jej usta się nie poruszały, ale wyraźnie słyszałam jej głos.
- Prowadź. – Chłód i zdecydowanie mojego głosy zaskoczyły mnie. Chwilę później leciałam już na Perlin w wytyczonym przez mojego stróża kierunku.

*

- Wygrywa Drużyna Gwiazdy! – rozległ się głos sędziego. Na trybunach było cicho. Niektórzy szamani z trwogą patrzyli przed siebie. Rzadko kiedy widywali na oczy taką brutalność i dopiero teraz byli w stanie sobie wyobrazić, co oznacza przegrana z tym konkretnym człowiekiem.
Przeciwnicy Asakury leżeli martwi na arenie. Ich zwęglone ciała wydzielały nieprzyjemną, przyprawiającą o mdłości woń. Brązowowłosy był zły, właściwie wściekły. Gdyby tylko mógł zabić kogoś jeszcze, z całą pewnością skorzystałby z okazji. Opatrunek na jego szyi zaczynał już przemakać. Rana była głęboka i nie chciała zacząć się goić. Nie był pewien dlaczego, niewiele wiedział o ugryzieniach demonów prócz tego, że mogą pić krew i robią to często, bo dodaje im sporo energii. Jednak nigdy wcześniej coś takiego mu się nie zdarzyło… Odwrócił się i spojrzał na trybuny, by wyłowić z tłumu odpowiednią osobę. Jego oczy w końcu spotkały się z bliźniaczymi. Uśmiechnął się krzywo.
- Niedługo się połączymy, bracie… - powiedział na tyle głośno, by szatyn go usłyszał. Z jego głosu dało się wyczytać nutkę grozy.
Blondynka stojąca po prawej stronie Yoh, założyła ręce na piersi i wysunęła się do przodu, co miało takie samo znaczenie, co słowa: „Jeśli zadrzesz z nim, zadrzesz także ze mną”. Hao zaśmiał się na to jedynie i wraz ze swoją drużyną przeniósł się pod budynek, w którym mieszkali. Nie zwracając uwagi na to, że ktoś coś do niego mówi, bez słowa odwrócił się i ruszył do swojego pokoju.
Od czasu wydarzenia z Karmen minęły już trzy godziny, a jego szyja pulsowała, jakby dziewczyna dopiero co się w nią wgryzła. Nie spodziewał się po niej czegoś takiego nawet w najśmielszych snach. Szczerze powiedziawszy pewien był, że nie zdoła go skrzywdzić. Że go kocha… Zerknął w stronę lustra, które wisiało na ścianie po lewej stronie i podszedł do niego. Oderwał jednym ruchem opatrunek, plastry odkleiły się od jego skóry z nieprzyjemnym dźwiękiem. Rana była paskudna, krew nie chciała krzepnąć i sączyła się leniwie. Nie wiedział jak wiele jeszcze może jej stracić. Musiał dostać swojego brata zanim będzie jej miał zbyt mało, by móc się choćby poruszyć. Połączenie z nim mogłoby go zapewne uratować…
- Opacho – wezwał murzynka, nieco znużonym i przyciszonym głosem. Cłopiec pojawił się szybko z bandażami i jakąś ziołową, intensywnie pachnącą maścią o gęstości nie do końca stężałej galaretki.
Hao bez słowa usiadł na swoim łóżku i ściągnął pelerynę, żeby nie zakrwawiła się jeszcze bardziej. Czuł nieprzyjemny ucisk w żołądku kiedy myślał o tym, co się tutaj tak niedawno stało. Bywał wredny, sarkastyczny, brutalny i zwyczajnie zły wobec czerwonookiej, ale był niemal pewien, że to jest jedyna osoba, dla której wiele by zrobił. Może nawet więcej, niż sam się po sobie spodziewał. Miał już wcześniej kogoś takiego. Dwa wcielenia temu. Ale umarła i postanowił, że już nigdy więcej. I początkowo tak miał zamiar podchodzić do Karmen. Rozkochać ją w sobie, by była bronią w jego rękach, ale samemu się w to w żaden sposób nie angażować. I zdawało mu się, że to będzie proste, bo dziewczyna w niczym nie przypominała jego poprzedniej partnerki. Były jak woda i… ogień. Ale mimo tego nie udało mu się uciec. Ona miała w sobie coś co sprawiło, że im dłużej z nią przebywał, tym bardziej udawanie zamieniało się w coś prawdziwego…
Syknął, kiedy drobne paluszki wpychały mu maść prosto w ranę, ale nie przerwał rozmyślań. Ledwo co dosłyszał ciche „przepraszam”, które dotarło do niego jak echo. Co teraz? Mimo swojej postawy podczas rozmowy, gdy był zwyczajnie zły, że dziewczyna martwi się o tego demona, naprawdę nie podobał mu się pomysł odbicia Akiji. A był przekonany, że to właśnie będzie próbowała zrobić Amasuka. Wprost uwielbiała się narażać dla innych. I choć miała teraz energię po wypiciu jego krwi, był pewien, że nie da sobie rady sama na całą świtę Daimona. A kiedy on dostanie ją w swoje ręce, Bóg jeden wie, co się może wydarzyć.
Musiał więc wybrać między pomocą jej, a dokończeniem Turnieju. Zostało niewiele walk do końca, ale jeśli poczeka, może być zbyt późno. Jednocześnie przez głowę boleśnie galopowała mu myśl, że w takim stanie na niewiele się przyda dziewczynie. Musiał wygrać, albo połączyć się z bratem. Inaczej będzie niemal bezużyteczny. Skrzywił się na samą myśl – on, wielki Hao Asakura, bezużyteczny i zbyt słaby, by stawić czoło bandzie demonów. Zauważył, że Opacho już skończył i zostawił go samego dokładnie w tej samej chwili, w której zdecydował się na to, co robić.

*

Zapadał wieczór, kiedy dotarłam do wyznaczonego przez ducha celu. Miejscem, do którego byłam kierowana przez ostatnich kilka godzin, okazała się biblioteka. Zdziwiło mnie to, ale mimo wszystko wylądowałam w jakiejś bocznej uliczce. Zeskoczyłam z grzbietu swojego smoka. Kazałam mu tutaj na siebie poczekać, a sama ruszyłam w stronę uliczy. Wyjrzałam zza ceglanej ściany.
- Po co kazałaś mi tutaj przylecieć? – zapytałam Death, patrząc w stronę budynku.
- Jest tutaj księga, w której znajdziesz potrzebne zaklęcie. I wiele innych, które mogą ci się przydać – stwierdziła.
- Skąd o tym wiesz? – zapytałam nieco zaskoczona.
- Wiem o prawie każdym egzemplarzu, jeśli jest w nim odpowiedni znak – stwierdziła, najwyraźniej nie zamierzając wchodzić w szczegóły. Z resztą nie było na to czasu. Z tego samego powodu uznałam, że nie warto teraz robić jej wyrzutów o to, że nie powiedziała mi o tym wcześniej.
Ze stróżem unoszącym się za moimi plecami, ruszyłam w stronę biblioteki. Był to przysadzisty, szeroki budynek z czerwonej cegły. Wyglądał na stary, ale kilka razy odrestaurowany, o czym świadczyły chociażby nowoczesne, przeszklone drzwi. Zajrzałam przez nie do środka. Paliło się tam kilka lamp, ale okazało się, że jest zamknięte. Zaklęłam cicho pod nosem. Najwidoczniej było już zbyt późno. Spojrzałam na białowłosą.
- Co teraz? – mruknęłam cicho, przymykając powieki. Patrzyła na mnie z pewnego rodzaju rozbawieniem na twarzy.
- Jesteś szamanką i demonem. Czy naprawdę będzie dla ciebie trudnością, żeby się dostać do środka? – odpowiedziała pytaniem, unosząc brew.
Chwilę patrzyłam na nią, trawiąc jej sugestię. Mimo wszystko włamywanie się gdziekolwiek nie było czymś, co chciałam robić. Jednak z drugiej strony byłam świadoma tego, że uda mi się wymknąć, a księga była mi przecież potrzebna. Zdecydowałam się więc na to, by wejść do środka, ale obiecałam sobie przy okazji, że postaram się wyrządzić jak najmniej szkód.
Przedostałam się na tyły budynku z nadzieją, że będzie tam drugie wejście. Uznałam, że znacznie lepiej będzie się włamywać z dala od głównej ulicy, gdzie raz po raz chodzili jeszcze ludzie. Nie zawiodłam się – w ścianie znajdowały się solidne, drewniane i wyglądające na ciężkie drzwi. Nie miałam pojęcia, czy spodziewać się alarmu w takim miejscu, ale zaryzykowałam. Starając się uszkodzić wejście jak najmniej, dostałam się do środka. Choć niczego nie usłyszałam, Death uznała, że zabezpieczenia jednak były. Zaprowadziła mnie do odpowiedniego działu, zmuszając mnie swoim szybkim lotem do biegu.
Jak się okazało otwarta biblioteka niewiele by mi dała – książka była w oddzielnym, zamkniętym pomieszczeniu, do którego wejść można było tylko z bibliotekarzem, a z którego nic nie mogło zostać wypożyczone. Tak czy inaczej stróż pokazał mi odpowiedni wolumin. Gdy tylko zbliżyłam do niego rękę, poczułam energię z niego płynącą. Była sporych rozmiarów, gruba na przeszło tysiąc stron, obita w czerwoną skórę, wyglądającą jak…
- Smocza… - powiedziałam zdziwiona.
- Później będziesz miała czas ją obejrzeć. Jeśli nie chcesz nikogo skrzywdzić, to powinnyśmy już stąd iść. – Białowłosa sprowadziła mnie swoimi słowami na ziemię.
W tej samej chwili, w której ja wznosiłam się na Perlin w powietrze, przed biblioteką stanął wóz firmy ochroniarskiej. A więc jednak mój stróż miał rację – alarm rzeczywiście tam był. Dwóch z czterech mężczyzn ruszyło na tyły. Do tych, którzy zostali, podeszła jakaś starsza kobieta i wskazała uliczkę w której zniknęłam. Zapewne widziała mnie, gdy biegłam w tamtą stronę. Nie miało to jednak znaczenia, bo już mnie tam nie było.
Nie interesowały mnie dalsze poczynania ochroniarzy. Bardziej ciekawiła mnie książka, którą trzymałam w dłoniach. Miałam teraz chwilę, żeby się jej przyjrzeć. Ponownie zmierzyłam wzrokiem skórę, w którą była obita. Bezsprzecznie była to smocza skóra. Wszędzie rozpoznałabym tę specyficzną strukturę. Na grzbiecie woluminu wypalone zostały znaki, których nie znałam, ale które zdawały mi się dziwnie znajome. Musiałam już gdzieś takie widzieć, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. Może w zamku u Akiji? Albo w miejscu, w którym trzymał mnie Daimon…
- Otwórz ją – powiedziała Death, zerkając na księgę znad mojego ramienia. Wyglądała, jakby patrzyła na dawno zaginiony skarb, który wiele dla niej znaczył. Zgodnie z jej życzeniem przewróciłam pierwszych kilka stron i otworzyłam na tej z numerem dwudziestym drugim.
Tak jak się spodziewałam – wszystko zapisane było w znakach, których znaczenia nie znałam i nawet się nie domyślałam, jak można by je odczytywać. Jak niby miało mi pomóc coś, czego nie umiałam używać? Skrzywiłam się mocno, kiedy ta myśl do mnie dotarła, po czym spojrzałam z niezadowoleniem na swojego stróża.
- Nikt nigdy nie uczył mnie takiego alfabetu. Nie odczytam i nie wypowiem żadnego z tych słów – stwierdziłam gorzko.
- Ale ja tak. Wystarczy, że powtórzysz – mruknęła, marszcząc brwi. – Przewracaj dalej. Jak zobaczę to, co jest nam potrzebne, dam ci znać – dodała.
Westchnęłam cicho, ale zrobiłam co mi kazała. Jednocześnie zastanawiałam się, czy to bezpieczne. W ostateczności nie nawiązałam z nią takiego połączenia, jak ze swoim pierwszym duchem. Mogła wykorzystać fakt, że nie wiem co tu jest napisane i podsunąć mi zaklęcie, które wcale mi nie pomoże, a zaszkodzi. Tylko pytanie – po co miałaby robić coś takiego? Chyba nie istniał czar, który mógłby jej dać nowe życie, albo możliwość kierowania moim ciałem, prawda? Niekontrolowany dreszcz strachu i zwątpienia wstrząsnął moim ciałem. Ale… właściwie nie miałam nic do stracenia. Poza tym ona była w tej chwili jedyną osobą, na której pomoc mogłam liczyć.
- Stój. – Moja ręka zatrzymała się w trakcie przewracania na kolejną stronę. – To odpowiednie zaklęcie. Przeniesie cię do miejsca które znasz, jeśli będziesz o nim myślała.
- Świetnie – powiedziałam z nutką entuzjazmu w głosie.
- Bardzo ważnym jest, żebyś podczas wypowiadania go, myślała tylko o jednym miejscu.
- A jeśli przemknie mi przez głowę inne? – Death milczała o kilka sekund za długo, co wzbudziło mój niepokój. Nie spodziewałam się jednak tego, co mi powiedziała.
- Możesz rozerwać się w połowie drogi…
Spojrzałam na nią wielkimi oczami. Oczywiście spodziewałam się, że będę musiała narazić swoje życie dla Akiji, ale liczyłam na to, że dojdzie do tego dopiero na miejscu, w siedzibie Daimona. Myśl, że mogłabym tam w ogóle nie dotrzeć w jednym kawałku, wcale nie napawała mnie optymizmem. Mogłam nawet śmiało przyznać przed samą sobą, że poczułam ukłucie strachu. Przygryzłam wargę.
- Nie ma jakiegoś pewniejszego, albo chociaż bezpieczniejszego sposobu? – zapytałam.
- Ten jest najszybszy, a zdawało mi się, że zależy ci na czasie – odparła.
- Nie ukrywam, że na życiu też.
- Inna metoda zajmie ci kilka dni.
Trybiki w mojej głowie działały na pełnych obrotach, analizując wszystkie za i przeciw. Z jednej strony jeśli się nie uda, to stracę szansę na pomoc Akiji. Ale z drugiej strony co mi po tym, że dotrę na miejsce w jednym kawałku, jeśli on już będzie leżał martwy, bo spóźnię się o jeden dzień? W końcu westchnęłam głośno, przetarłam twarz dłonią i skinęłam głową, co znaczyło dokładnie tyle, że zgadzam się na to ryzyko. Białowłosa uśmiechnęła się tak delikatnie, że ledwo to zauważyłam.

- Zawsze podobała mi się w tobie odwaga, chociaż nie mam pewności, czy nie zakrawa ona o zwykłą głupotę… - powiedziała spokojnie. Spojrzałam na nią, unosząc brew. - Nie mniej najpierw chciałabym, żeby poznała kilka innych zaklęć. Przydadzą ci się na miejscu i być może sprawią, że ta misja zakończy się powodzeniem. Więc zapamiętaj numer strony i cofnij się do początku.

4 czerwca 2014

Rozdział XXV

Jest nowy rozdział. Nie mam wymówki, dlaczego nie pojawił się wcześniej. Jedyne, co mogę powiedzieć to, że zakończenie powstawało cztery razy, bo wciąż byłam niezadowolona z efektu. Ale! W końcu jest i mam nadzieję, że się wam spodoba, bo trochę się dzieje :)
Pozdrawiam was mocno!

********************************************************************

„Nie da się przewidzieć nieprzewidywalnego”

Minęło dokładnie dziewięć dni, od kiedy Akija zniknął. A żeby było ciekawiej – od naszej ostatniej rozmowy również Klara tutaj nie przychodziła, choć czasem miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje i w duchu modliłam się, żeby to była właśnie ona. W tym czasie zdążyłam niejako przywyknąć do tego, że jestem w zamku sama. Oczywiście to nie tak, że nie martwiłam się w ogóle tym, że granatowowłosego tak długo nie ma, ale niewiele mogłam na to poradzić. Byłam zablokowana przez tę cholerną tarczę i nawet gdybym rzeczywiście chciała go szukać, nie mogłabym tego zrobić. No i nie wiedziałam nawet gdzie zacząć ewentualne poszukiwania, bo przecież nie zostawił mi żadnej wskazówki. Na dobrą sprawę, gdyby coś złego mu się przytrafiło, zostałabym uwięziona tutaj na Bóg wie jak długo. I wcale mi się to nie podobało.
Co do dziewczynki, która mnie wcześniej odwiedziła – również już nigdy się tutaj nie pojawiła. Prawdopodobnie do serca wzięła sobie nakaz rodziców albo oni lepiej ją teraz pilnowali. W sumie nie wiedziałam nawet, co mogli jej na mój temat naopowiadać. Może przedstawili mnie jako jakiegoś niebezpiecznego potwora? Albo dziwadło? Tak czy inaczej blondynka nie przyszła już i sama nie wiedziałam, czy mam się z tego cieszyć, czy nie.
Powodów było kilka – po pierwsze nie miałam do kogo się odezwać. Oczywiście mogłam rozmawiać ze swoim duchem, ale to nie było to samo co żywy, ciepły człowiek. Po drugie zaczynałam popadać w lekką paranoję i zdarzało mi się myśleć, że nigdy nie wydostanę się z tego zamku. No i po trzecie, będąc całkiem sama, miałam stanowczo zbyt dużo czasu na myślenie. Oczywiście starałam siebie samą od tego odciągać ćwiczeniami – bardzo szybko dzięki temu powróciłam do swojej dawnej formy, a nawet poprawiłam swoją kondycję. Ale niestety wciąż pozostawał mi czas wolny, a wtedy moje myśli zalewane były znów wątpliwościami różnej maści i wspomnieniami o przyjaciołach. Poważnie martwiłam się o to, czy kiedykolwiek ich jeszcze zobaczę…
Niemniej nie zamierzałam popadać w depresję. Po kilku dniach intensywnego treningu, podczas którego zajmowałam się również swoim żywiołem i panowaniem nad nim, zdałam sobie sprawę z tego, że tylko jeden raz próbowałam przebić się przez tarczę. Postanowiłam więc popracować trochę intensywniej nad sobą i podjąć się tego jeszcze raz. Wiele koncentracji i fizycznej siły kosztowało mnie w miarę dobre opanowanie swojego żywiołu. Dodatkowo próbowałam ujarzmić pozostałe elementy natury, używając do tego znajomości Gwiazdy Jedności, ale nie zauważyłam żadnej znaczącej poprawy. Cóż, w ostateczności nie byłam demonem eteru i nie mogłam wyjść poza umiejętności szamanki w stosunku do innych żywiołów.
Tak czy inaczej właśnie dziewiątego dnia postanowiłam spróbować po raz kolejny przebić się przez barierę. Mimo, że nie udało mi się osiągnąć zamierzonego celu, to zobaczyłam znaczący postęp – tarcza najpierw zaczęła się nieco mienić i stała się widoczna, a po kilku atakach pojawiły się w niej niewielkie otwory. Oczywiście zbyt małe, bym mogła się przez nie przecisnąć, ale i tak czułam się usatysfakcjonowana. To pozwoliło mi wierzyć, że być może jeśli więcej czasu poświęcę na samodoskonalenie się, to w końcu uda mi się przebić na drugą stronę. Ta myśl zdecydowanie poprawiła nieco mój, do tej pory raczej średni, humor.
Popołudniu spędziłam czas ze swoim smokiem. Zamknięcie w tak stosunkowo małej przestrzeni nie służyło Perlin. Nie wspominając o tym, że nie mogła polować, więc musiałam karmić ją tym, co było w lodówce. Całe szczęście znalazłam tam też zamrożone, surowe mięso, ale nie wiedziałam, na jak długo jeszcze wystarczy. Tym bardziej cieszyło mnie moje małe zwycięstwo nad tą przeklętą tarczą.
Wieczorem, gdy już się ściemniło, wróciłam do zamku. Kilka dni wcześniej odnalazłam w budynku drugie pomieszczenie z telewizorem i tutaj zwykle spędzałam czas po kolacji. Wcześniej zdarzało mi się przesiadywać w pokoju Akiji, ale zwykle zamiast oglądania telewizji zajmowałam się bezskutecznym szukaniem jakiejś wskazówki odnośnie tego gdzie się udał lub zaklęcia opuszczającego barierę, o którym kiedyś wspominała mi Klara.
 Tego dnia miałam zamiar wyłożyć się na kanapie i obejrzeć jakiś mniej lub bardziej interesujący film. Wraz z moim stróżem co chwila komentowałyśmy akcję mającą miejsce na ekranie i szczerze powiedziawszy nasze słowa były jedyną ciekawą częścią tego wieczoru. Myślałam, że w ten sposób minie mi te kilka godzin do czasu pójścia spać albo najzwyczajniej zasnę tutaj przed tym telewizorem, ale stało się zupełnie inaczej.
Poderwałam się gwałtownie, kiedy coś huknęło okropnie na zewnątrz posiadłości. Zerwałam się na równe nogi i bez głębszego namysłu ruszyłam to sprawdzić. Nie odłożyłam broni po treningu, dlatego wciąż miałam ją przy sobie – dwa sztyleciki, które znalazłam w pokoju granatowowłosego. Chwyciłam je w dłonie i wybiegłam na dwór, gotowa stawić czoła temu, kto mnie zaatakował. Od razu musiałam zmrużyć oczy, oślepiona nagłą jasnością. Tuż przed tarczą ochronną, po jej drugiej stronie, palił się ogień. Płomienie lizały niewidzialną ścianę, trzaskając i sycząc.
- Co, do cholery? – zapytałam sama siebie, szukając wzrokiem przeciwnika. Nikogo nie widziałam, tymczasem pojawiły się nowe płomienie, które z takim samym hukiem uderzały kolejno o ziemię.
Nie miałam pojęcia na ile mogę się czuć bezpieczna pod tą barierą, skoro mi samej udało się ją dzisiaj naruszyć, dlatego czułam spory niepokój. Jeśli to demony zorganizowały się i postanowiły mnie zaatakować – choć nie miałam pojęcia, dlaczego miałyby to robić - z całą pewnością przegrałabym taki pojedynek. Nawet ze swoimi umiejętnościami szamanki nie mogłabym się równać z kilkoma demonami. Pamiętałam przecież jak szybkie potrafią być, a chociaż również stałam się teraz szybsza, wciąż nie mogłam się z nimi mierzyć.
Kolejne huknięcie, a zaraz po nim kilka innych, już nie ognistych. Wszystkie celowały w to samo miejsce, aż w końcu zobaczyłam tarczę. To znaczyło, że słabnie. Postanowiłam przygotować się na wtargnięcie tutaj jakiegoś wrogo nastawionego demona i wprowadziłam Death do sztyletów, łącząc je ze sobą. Gotowa do ataku wpatrywałam się w dziurę, która właśnie powstała w barierze. Była całkiem spora – wystarczająca, by przeszedł przez nią całkiem pokaźnych gabarytów człowiek. Nie musiałam walczyć już od tak dawna, że aż drżały mi lekko kolana, ale nie zamierzałam się poddawać bez spróbowania. Dopiero w momencie, kiedy zobaczyłam dwie wielkie, czerwone łapy, które zatrzymały stopniowe zasklepianie się bariery wiedziałam, że wcale nie będę musiała się bronić.
To był z całą pewnością Duch Ognia. Niepewnie opuściłam broń, ale postanowiłam pozostać czujna. Zdecydowałam się na odpuszczenie dopiero, kiedy zobaczyłam Hao, przechodzącego przez dziurę po ręce swojego stróża. Początkowo wpadłam na irracjonalny pomysł, że to może być jakiś sobowtór, ale szybko wybiło mi to z głowy pojawienie się Opacho, Kanny, Macchi i Mari.
W pierwszej chwili uśmiechnęłam się lekko, a w drugiej nie wiedziałam, co właściwie mam ze sobą zrobić. Szczerze powiedziawszy Asakura był ostatnią osobą, którą spodziewałam się zobaczyć w najbliższym czasie. Przed nim na mojej liście był nawet Yoh! Dlatego w ostateczności zmarszczyłam mocno brwi i zrobiłam krok do tyłu, gdy chłopak chciał podejść bliżej. Zatrzymał się wpół kroku, patrząc na mnie uważnie swoimi czarnymi oczami. Przyznać musiałam, że trochę się stęskniłam za tym spojrzeniem, ale to mnie nie powstrzymało przed zadaniem nurtującego mnie pytania.
- Co ty tu robisz?
- Ładnie mnie witasz po tak długiej rozłące – rzucił z przekąsem. - Tym bardziej mnie to rani dlatego, że przyszedłem cię stąd uwolnić. Chociaż nie wydajesz się być porwana… - Zmrużył powieki. – Zdajesz się tu być gospodarzem. Może zaproponujesz mi herbatę i poczęstunek?
- Nie ironizuj – prychnęłam. – Poza tym dobrze wiesz, o co zapytałam. Jak mnie tutaj odnalazłeś?
- A czy to ważne? Liczy się to, że mi się udało. Powinnaś być wdzięczna.
Zadrżałam. Miałam bardzo nieprzyjemne wrażenie, że sposób w jaki dowiedział się o miejscu mojego pobytu mi się nie spodoba. Ale miał rację. Nie miałam prawa wybrzydzać i się dopytywać. Przyszedł po mnie i uwolni mnie stąd. Nie będę tu już zamknięta. Przez chwilę pomyślałam, że jest to scena jak z bajki – księżniczka uwięziona w zamku i uratowana przez księcia. Później z kolei zastanowiłam się, czy właśnie takiego rycerza na białym koniu oczekiwałam...
- Chodź, nie mamy całej nocy. Niedługo kolejna walka Hanagumi. Dziewczęta nie mogą się spóźnić. – Głos Hao wyrwał mnie z irracjonalnych myśli. Spojrzałam na niego nieco nieprzytomnie. Wyciągał dłoń w moją stronę, oczekując, że ją chwycę.
- Poczekaj tu na mnie – powiedziałam, odwracając się w stronę budynku.
- Słucham? – Brzmiał, jakby naprawdę nie mógł uwierzyć, że to powiedziałam.
- Idę po swoje rzeczy.
Pierwszy raz kłamstwo przyszło mi z taką łatwością. Nie wiedziałam tak naprawdę, po co się cofam do środka. Dopiero w trakcie pisania wiadomości do Akiji sobie to uświadomiłam. Chciałam, żeby wiedział co się ze mną stało. Może dlatego, że ze wszystkich moich „porywaczy” traktował mnie najlepiej i najwięcej mi wyjawił. Albo dlatego, że czułam do niego pewien rodzaj przywiązania. Możliwe też, że po prostu chciałam więcej się od niego dowiedzieć. Powód tego co zrobiłam nie był dla mnie tak istotny. Zostawiłam karteczkę na jego biurku i wyszłam z pokoju.
Kiedy wróciłam na zewnątrz trzymałam swoją torbę pełną ubrań. Pozwoliłam sobie zabrać dwie z sukien, które wisiały w szafie, choć teoretycznie wcale nie należały do mnie. Asakura zdawał się nawet nie podejrzewać, że zostawiłam wiadomość. Gdy tylko pojawiłam się w drzwiach wyjściowych, od razu zaczął mnie ponaglać. Odebrał ode mnie moje rzeczy i puścił przodem. Oboje weszliśmy na Ducha Ognia i chwilę później zostaliśmy wszyscy, włącznie z Opacho i dziewczynami, przeniesieni do… miasta.
Mimo wzmianki o kolejnej walce Hanagumi, zupełnie nie połączyłam tego faktu z Turniejem Szamanów i najzwyczajniej w świecie się zdziwiłam, że jesteśmy w Dobie Village. Miałam też w pamięci obóz rozbity gdzieś w lasach otaczających miasteczko, w którym na samym początku mieszkaliśmy. Nie miałam pojęcia, że w końcu wszyscy przenieśli się do normalnych budynków. Swoją drogą zdawało mi się, że istniał przepis zabraniający opuszczania tego terenu wszystkim uczestnikom pod groźbą dyskwalifikacji, a zamek Akiji z pewnością znajdował się daleko stąd. Mój „wybawca” chyba się tym jednak nie przejmował, więc i ja szybko przestałam.
Rozejrzałam się uważnie wkoło. Mimo dość później pory wciąż kręciło się tutaj wielu szamanów. Zwykle parami bądź trójkami, jakby obawiali się ataku znienacka, choć na tym etapie nie wolno było walczyć poza głównymi turniejowymi pojedynkami. W każdym razie nic dziwnego, że widząc taką ilość ludzi przyłapałam się na poszukiwaniu wzrokiem grupy Yoh. Nie dojrzałam ich jednak w okolicy, a nie miałam w tej chwili sposobności, by szukać gdzieś dalej. Poza tym prawdopodobnie już spali.
- Chodźmy, zaprowadzę cię do twojego pokoju – odezwał się brązowowłosy, wyrywając mnie z zamyślenia. Dopiero gdy na niego spojrzałam zdałam sobie sprawę, że dziewczyn już z nami nie ma. Pozostał jedynie Opacho, który patrzył na mnie swoimi wielkimi oczami. Odniosłam wrażenie, że jego strach w stosunku do mnie wcale nie zmalał i trochę mi było z tym faktem źle. Nie mogłam na to jednak zbyt wiele poradzić…
Ruszyłam spokojnym krokiem za chłopakiem. Weszliśmy do jednego z białych budynków. Wszystkie wyglądały, jakby je ktoś wykuł w kamieniu. Wcześniej gdy tu byłam nie zauważyłam, że wiele z nich nie ma drzwi ani okiennic, a jedynie wydrążone dziury o odpowiednim kształcie i wielkości. Tak czy inaczej zostałam poprowadzona do jednego z pomieszczeń, gdzie znajdowało się pięć łóżek – również kamiennych, ale zasłanych by było miękko. Dwa z nich były zajęte. Domyślałam się, że śpi tutaj Hao, wraz z murzynkiem i wcale mnie nie zdziwił fakt, że chce mnie mieć blisko. Wybrałam bez słowa najbardziej oddalone od nich legowisko i usiadłam na nim. Spojrzałam w czarne oczy szamana. Na niebie wisiał księżyc, którego światło, wpadając do środka, odbijało się w nich.
- Udało mi się dowiedzieć paru rzeczy od mojego porywacza… - zaczęłam cicho. Zmrużył lekko powieki, czekając na moje dalsze słowa. – Nie rozumiem, dlaczego sam nie mogłeś mi zdradzić choć połowy tego. Zaczynam szczerze wątpić, czy w ogóle coś wiesz – prychnęłam. Wciąż się nie odzywał. – Wiem też, że chcesz mnie po swojej stronie, bo przydadzą ci się moje umiejętności, gdy już wygrasz turniej… - dodałam niemal szeptem.
Nie zaprzeczył ani nie potwierdził. Stał kilka kroków przede mną i po prostu patrzył, jakby mnie zupełnie nie rozpoznawał. Albo jakby sam w tej chwili nie był sobą. Westchnęłam ciężko i położyłam się w ubraniach, po czym przykryłam się po samą brodę, odwracając do niego tyłem. Chwilę później słyszałam, jak wychodzi z pokoju. Zostałam sama z Opacho, który – co wnioskowałam po dźwiękach – również się po chwili położył.
Mimo tego, że faktycznie próbowałam zasnąć, po prostu nie mogłam. Wciąż coś mi chodziło po głowie – Akija, Hao, czy nawet Morty. Zastanawiałam się, czy drużyna Yoh w ogóle bierze jeszcze udział w turnieju, bo w międzyczasie zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam zielonego pojęcia o dotychczasowym przebiegu walk szamańskich. Musiałam się więc jak najszybciej zorientować w sytuacji. Najlepszym źródłem wiedzy byłby jeden z sędziów. Znałam tylko dwójkę, która była przy moich pierwszych walkach i nie byłam przekonana co do tego, że uda mi się ich tak od razu znaleźć, ale zamierzałam zrobić to następnego dnia. Albo raczej tego samego dnia rano, bo byłam przekonana, że jest już grubo po północy.
Kręciłam się w łóżku aż do świtu, a wtedy słońce nie pozwoliło mi już zasnąć. Podniosłam się więc i spojrzałam w stronę posłania długowłosego. Oczywiście nie było go tam, bo przecież nie słyszałam by przyszedł, a mimo tego byłam jakby zawiedziona jego nieobecnością. Wstałam i korzystając z tego, że Murzynek jeszcze śpi, przebrałam się w świeże rzeczy. Nie bardzo wiedziałam czy cokolwiek w mieście będzie już otwarte o tej godzinie, ale wyszłam żwawo na ulicę.
Tak jak się spodziewałam – było zbyt wcześnie, żeby ktokolwiek się tutaj wałęsał. Przynajmniej tak sądziłam przez pierwsze pół godziny swojego spaceru zapoznawczego. Później natknęłam się na kilka grupek, mniejszych i większych, trenujących spokojnie osób. Natrafiłam też na ćwiczącego pod okiem swojej siostry Horo, a po przejściu kilku metrów również na Annę, która pilnowała Yoh, wyciskającego z siebie siódme poty. Mimowolnie uśmiechnęłam się na ich widok. Blondynka spojrzała na mnie uważnie i w jednej chwili wstała, marszcząc brwi. Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi.
- Wciąż żyjesz – odezwała się. Musiałam mieć naprawdę zdziwioną minę, bo niebieskowłosy parsknął cichym śmiechem, przerywając swój bieg.
- Słucham? – zapytałam, niewiele rozumiejąc. Nie mogła mnie przecież rozpoznać. Nie przyznałam im się wcześniej, że jestem Karmen. Więc o czym ona mogła mówić?
- Hej, to tobie kupiłem wodę w barze! – krzyknął nagle Yoh, ale dziewczyna zignorowała go. Ja jedynie zerknęłam na niego kątem oka, zaraz jednak wracając spojrzeniem na nią.
- To ty uratowałaś tych szamanów na początku turnieju. Sądziłam, że… - Przerwała na chwilę, jakby szukając odpowiednich słów. - …zostałaś zlikwidowana, bo nie widziałam cię już więcej. A jednak żyjesz – wytłumaczyła, zakładając ręce na piersi. Zrozumiałam i uśmiechnęłam się lekko.
- Masz doskonałą pamięć – stwierdziłam. Właściwie straciłam nieco poczucie czasu, ale pewna byłam, że od wspomnianego zdarzenia minął już przynajmniej miesiąc, jak nie więcej. Nie mówiąc o tym, że sama już zdążyłam zapomnieć o tym incydencie.
- Żartujesz? Ponad tydzień ludzie o tym gadali! Z resztą wciąż się zdarza, że ktoś napomknie. Wszyscy się zastanawialiśmy jak to zrobiłaś, dlatego raczej trudno było o tym zapomnieć. – Do rozmowy nieoczekiwanie wtrącił się Horo.
Spojrzałam na niego, nieco zdziwiona takimi informacjami. Przecież po tym co zrobiłam, jakiś czas jeszcze byłam w okolicy. Dopiero po chwili przypomniało mi się, że właśnie wtedy przeniosłam się do namiotu medyka i przestałam odzywać się do Hao. Nie przychodziłam już również do miasta. Nic więc dziwnego, że całe to zamieszanie wokół mojej osoby najzwyczajniej w świecie mnie ominęło.
- Więc? Jak to zrobiłaś? – odezwał się nagle Asakura, wpatrując się we mnie z wyraźnym zaciekawieniem na twarzy.
- Och…
Tylko taki dźwięk wydobył się z moich ust po tym pytaniu. No, bo co miałam niby powiedzieć? Przeniosłam wzrok na Annę, ale nie był to zbyt trafny wybór, bo ona właśnie starała się szperać w mojej głowie, co umiejętnie blokowałam. Odwróciłam spojrzenie na Pilicę, która miała łagodny wyraz twarzy. Tylko jej oczy zdradzały, że też z chęcią poznałaby odpowiedź. To dało mi chwilę na wymyślenie jakiejś w miarę prawdopodobnej wersji wydarzeń, choć wciąż nie wiedziałam, jaka będzie reakcja.
- Gwiazda Jedności. W ten sposób ujarzmiłam płomienie – powiedziałam w końcu. Myślałam w pierwszej chwili, że mój pomysł przejdzie, ale moje nadzieje zniknęły bardzo szybko za sprawą blondynki.
- Każdy dobrze wie, że mimo znajomości Gwiazdy Jedności nie da się ugasić ognia ducha, który jest strażnikiem tego żywiołu. A nawet jeśli jakimś cudem by ci się to udało, na pewno nie wyglądałoby w ten sposób – stwierdziła chłodno. Spojrzałam na nią uważnie.
- Sugerujesz, że kłamię? – Miałam nadzieję, że ton mojego głosu sprawi, że będę bardziej wiarygodna.
- Nie, złotko. Ja wiem, że kłamiesz.
Zapadła między nami dość długa, nieprzyjemna cisza, podczas której mierzyłyśmy się spojrzeniami. Napięcie było niemal namacalne, a za jej plecami widziałam nieco przerażoną minę brązowowłosego. Cóż, wszyscy znaliśmy wybuchowy charakter Kyouyamy co w połączeniu z jej umiejętnościami stanowiło dość niebezpieczną mieszankę, ale ja nigdy się jej zbytnio nie bałam. Byłam przekonana, że umie więcej niż wówczas gdy się poznałyśmy, ale przecież ja też się mocno podszkoliłam. Nie wspominając o tym, że teraz miałam świadomość, że jestem demonem.
Ale szczerze mówiąc miałam nadzieję, że nie będę zmuszona do walki z nią. Bądź co bądź nie panowałam jeszcze w pełni nad wszystkimi zdolnościami, a nie chciałam nikomu wyrządzić krzywdy. Zwłaszcza któremukolwiek z nich. Zamknęłam na chwilę oczy, a po ich otworzeniu uśmiechnęłam się lekko. Anna pozostała jednak przy swoim chłodnym spojrzeniu i niewzruszonej minie.
- Cóż, nie muszę nikomu spowiadać się ze swoich tajemnic – odparłam na tyle uprzejmie, na ile umiałam, co było stosunkowo trudne biorąc pod uwagę postawę dziewczyny. – Ja nie wypytuję się nikogo o jego umiejętności.
- W porządku! To całkiem rozsądne! – odezwał się Yoh. Najwyraźniej uznał, że już może coś powiedzieć, ale pomylił się. W reakcji na jego słowa czarnooka zmierzyła go wzrokiem mrożącym krew w żyłach. – Anna, no daj spokój! – powiedział, unosząc dłonie w obronnym geście. – Nie potrzeba nam tutaj przecież wrogów – dodał, na co ona jedynie prychnęła i spojrzała na mnie znów.
- Takich przyjaciół też nam nie trzeba – stwierdziła.
Poczułam, że coś przekręca mi się nieprzyjemnie w żołądku. A więc nie zdobyłam sympatii będąc inną niż dawniej? Ciekawe, czy zmieniłoby się to gdybym wyznała, że jestem Karmen… Zapewne wtedy niemalże zmusiliby mnie, żebym powiedziała skąd mam takie umiejętności. Dlatego nie miałam wciąż zamiaru się ujawniać. I szczerze zwątpiłam w to, czy kiedykolwiek się na to zdobędę, skoro tak w tej chwili zostałam potraktowana. Uśmiechnęłam się więc ponownie, starając się ukryć zawód i ruszyłam znów przed siebie.
- W porządku – mruknęłam jedynie pod nosem, nie będąc nawet pewna czy to usłyszeli.
Nie spotkałam już nikogo z dawnych znajomych. Z resztą po tej jednej, dość nieprzyjemnej konfrontacji, wcale nie miałam na to ochoty. Cholera, zabolało mnie to bardziej, niż przypuszczałam. Ale w sumie czemu się dziwiłam? Jakaś obca, podejrzana dziewczyna nie zdobędzie przecież zaufania i sympatii nikogo. A wciąż, mimo tego że byłam pogodzona z byciem demonem, nie chciałam się przyznawać przed nimi, że rzeczywiście nim jestem. Z resztą na dobrą sprawę i tak nie miałam pewności, że wtedy by mnie zaakceptowali.
Żałując, że w ogóle wyszłam tak wcześnie rano na poszukiwania kogokolwiek, wróciłam koło dziesiątej do pokoju. Zastałam tam Hao, ale nie zwróciłam na niego większej uwagi. No, może jedynie zarejestrowałam, że nie ma na sobie peleryny, a jedynie spodnie… Tak czy inaczej ułożyłam się na zasłanym łóżku i zakryłam oczy dłonią, choć wcale nie miałam zamiaru teraz spać. Przez chwilę myślałam, że może podejdzie do mnie i czegoś będzie chciał, ale tak się nie stało. Zerknęłam na niego badawczo jednym okiem. Siedział na swoim posłaniu po turecku i wyglądał, jakby medytował. Podniosłam się powoli, wpatrując mu się w twarz. Wcześniej nie zauważyłam, żeby robił coś takiego. No i właściwie, to co on robił?
Uznałam, że nie będę mu przerywała i poczekam na jakieś rezultaty jego działania, które mogłyby mi nasunąć odpowiedź na to pytanie. Ale zupełnie nic się nie działo. A przynajmniej nic, co mogłabym zauważyć. Powoli nudziło mnie patrzenie na jego nieruchomą sylwetkę. Ostatecznie po kilkunastu minutach wstałam i podeszłam do niego, by machnąć mu dłonią przed oczami. Ani drgnął, choć musiał poczuć powiew, który wytworzyłam. Uniosłam brew i dotknęłam palcem jego policzka – po kiego licha, nie miałam pojęcia. Chyba chciałam go sprowokować, ale wcale mi się to nie udawało, bo znów nic nie zrobił. Byłam na tyle znudzona, że nawet takie głupie zaczepki w tej chwili były dla mnie ciekawe. Nie zamierzałam więc przestawać. Po chwili pochyliłam się, zatrzymując twarz kilka centymetrów od jego i dmuchnęłam lekko. Zero reakcji. Chciałam pokazać mu język, ale nie zdążyłam – krzyknął do mnie nagle, otwierając oczy. Aż się zachwiałam do tyłu i upadłabym, zdziwiona i lekko przestraszona, gdyby nie chwycił mnie za rękę i nie pociągnął lekko w swoją stronę. Punkt dla niego, zaskoczył mnie.
Spojrzałam na niego wielkimi oczami, a on jedynie śmiał się cicho pod nosem. A ja zwyczajnie nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Bo przecież zachowaliśmy się oboje jak dzieciaki, a dodatkowo teraz Hao rechotał się szczerze. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, uśmiech pojawił się również na mojej twarzy i chwilę później również się z tego wszystkiego śmiałam. To była naprawdę niesamowita i nieprawdopodobna chwila. Na tyle, że gdybym nie była jej świadkiem, to pewnie bym w nią nie uwierzyła.
Dopiero po kilku sekundach się uspokoiliśmy, ale wciąż mieliśmy lekko uniesione kąciki ust. Wpatrywałam się w niego chyba czekając na jakieś słowa, ale on milczał. Chyba też oczekiwał, że coś powiem. A ja nawet chciałam, ale nie wiedziałam jak ani co. Przygryzłam lekko wargę i na chwilę odwróciłam wzrok. Pamiętałam doskonale, co do niego powiedziałam zeszłej nocy i wciąż chciałam, żeby to jakoś skomentował. Albo żeby w ogóle coś zrobił, bo ten brak reakcji był najgorszą z możliwych opcji. Ale nie chciałam do tego teraz wracać, więc myślałam nad czymś innym. Ponownie na niego spojrzałam.
- Gdybym chciała teraz odejść… puściłbyś mnie? – zapytałam cicho, nie wiedząc w ogóle dlaczego akurat to wyszło z moich ust. Nie mniej bardzo chciałam usłyszeć odpowiedź. Zwłaszcza po jego reakcji – zdecydowanie nieco zrzedła mu mina. Nie spuszczał jednak wzroku z moich oczu.
- Tak – odpowiedział po dłuższej chwili.
Trudno powiedzieć, czy tego właśnie słowa oczekiwałam. Bo właściwie co to znaczyło? Że ufa mi na tyle, by mnie gdzieś samą puścić? Czy może już mnie najzwyczajniej w świecie nie potrzebuje wiedząc, że nie będę mu w niczym pomagała? To drugie wydawało się o tyle głupie, że przecież wczoraj sam po mnie przyszedł do tego przeklętego zamku i mnie stamtąd uwolnił, a nie mógł mieć pewności, że nikt go nie zaatakuje i nie przypłaci tego życiem, bo jestem tam sama… Bo nie mógł, prawda?
- Ale ty nie chcesz ode mnie odejść – dodał po dłuższej chwili znów się uśmiechając, na co ja zrobiłam zdziwioną minę.
- Jak to? – mruknęłam, nie mając pojęcia co on plecie. Skąd niby mógł wiedzieć takie rzeczy, skoro nawet ja tego nie wiedziałam?
- Gdybyś chciała, czy nie zrobiłabyś tego już dawno? Za każdym razem, gdy cię sprowadzam z powrotem, jesteś ze mną. Choć już od dawna mogłabyś bez problemu mnie powalić na łopatki i odejść. Teraz też wróciłaś ze spaceru, a przecież wcale nie musiałaś. Więc odpowiedz sobie sama – czy tak robi ktoś, kto chce kogoś opuścić? – powiedział.
A mi po prostu języka w gębie zabrakło i musiałam dobrych kilka sekund przypominać rybę bez wody, na zmianę otwierając i zamykając usta. Nie dało się ukryć, że mówił z sensem i było to dokładnie to, z czego zdałam sobie sprawę już jakiś czas temu, ale wciąż nie chciałam tego przed sobą przyznać. Aż głupio mi było, że moje uczucia tak bardzo były dla niego oczywiste. Odwróciłam spojrzenie.
- Przyznaję, masz trochę racji – mruknęłam tak cicho, że był to niemal szept.
Kątem oka dostrzegłam, że jego wyraz twarzy zmienił się nieco, ale nie umiałam go do końca rozszyfrować. Coś mi się nieprzyjemnie przekręciło w żołądku. W tym samym czasie on wstał ze swojego miejsca, wciąż trzymając moją rękę i podszedł do mnie tak blisko, że chyba tylko kartka papieru dałaby radę się miedzy nas wsunąć. Dotknął mojego podbródka i zmusił mnie do spojrzenia na siebie. Delikatnie, ale stanowczo. W tej samej chwili puścił mój nadgarstek. Ledwo błysnęły mi przed oczami jego oczy – czarne jak smoła, ale w tej chwili błyszczące, jak jasny gwint – a już poczułam jak całuje moje usta. A robił to tak samo, jak obrócił moją twarz w swoją stronę – delikatnie, ale stanowczo.
Cholera, mogłam wmawiać sobie wiele rzeczy, ale nie to, że wcale na mnie ten człowiek nie działał, bo w jednej chwili nogi ugięły się pode mną i musiałam oprzeć dłonie na jego nagim torsie, żeby się przypadkiem nie przewrócić. Sprawnie objął mnie wtedy w talii, a ja wydałam z siebie bliżej nieokreślony dźwięk. Nie odrywał się od moich warg długo. A może to ja nie odrywałam się od jego? W każdym razie, kiedy już nieco się od siebie odsunęliśmy, musiałam powietrze złapać jednym, ogromnym haustem, tak bardzo mi go brakowało.
Patrzył na mnie z nieco nonszalanckim uśmiechem, zdecydowanie był zbyt z siebie zadowolony jak na mój gust. Ale… ja również wykrzywiłam usta w tym przyjemnym grymasie. I zdałam sobie z tego sprawę dopiero po chwili, bo był to odruch całkowicie bezwarunkowy. Tak samo z resztą jak to, że kolejny pocałunek rozpoczęłam ja, wbijając się w jego wargi chyba bardziej łapczywie niż on w moje.
I nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zupełnie odeszło to wszystko, czym się do tej pory martwiłam. Akija zniknął gdzieś za mgiełką przyjemności i dziwnego poczucia bezpieczeństwa, którego być może nie powinnam w sobie mieć. Dawni przyjaciele, którzy nie chcieli dać szansy nowej mnie, zupełnie się teraz nie liczyli. Nawet zniknięcie wujka nie miało już takiej wagi jak wcześniej. Byłam ja i Hao, i w tej chwili właśnie na tym zdawał się kończyć mój świat, choć wcale nie całowaliśmy się po raz pierwszy.
Pomyślałam sobie, że to głupie, że zachowuję się jak postać z jakiegoś taniego romansu. Ale czułam się z tym dobrze, więc po prostu zignorowałam ten głos rozsądku, który błagalnym krzykiem kazał mi się ogarnąć i położyłam dłoń gdzieś na karku Asakury, przyciągając go do siebie jeszcze mocniej, na co mruknął z zadowoleniem. To tylko upewniło mnie w przekonaniu, że nie tylko ja tutaj chcę bliskości.
Szczerze mówiąc nie wiedziałam ile czasu spędziliśmy w tym pokoju, całując się i gładząc tu i ówdzie. Przerwał nam dopiero Opacho, który wchodząc do środka zrobił się cały czerwony. Z resztą podejrzewałam, że my jesteśmy nie mniej rumiani od niego, ale z całą pewnością nie z powodu wstydu. Swoją drogą to dziecko ma niebywałe wyczucie czasu, bo z tego co pamiętałam, nie po raz pierwszy przyłapał nas w takiej właśnie sytuacji…
- Kolejna z naszych drużyn odpadła z turnieju – poinformował cicho, ale brązowowłosy zdawał się tym zbytnio nie przejąć, bo skinął tylko głową. Murzynek nie czekał dłużej i czym prędzej wyszedł.
- Ilu z naszych jeszcze zostało? – zapytałam, zupełnie nieświadomie używając słowa „nasi”.
- Jeszcze cztery drużyny z moją włącznie – odpowiedział. Uśmiech wciąż błąkał mu się po twarzy.
- Nie ciesz się tak – mruknęłam, mrużąc lekko oczy. Zaśmiał się.
- Mam wszystko, czego mógłbym chcieć. Dlaczego miałbym się nie cieszyć?
- Kto by pomyślał, że usłyszę takie słodkie słowa od kogoś takiego? – zakpiłam.
- Jeszcze nie raz cię zaskoczę – stwierdził.
Nasz dialog brzmiał surrealistycznie. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest jeden z moich dziwnych snów, ale nic na to nie wskazywało. Chociaż może jednak przysnęłam, wpatrując się w medytującego szamana? Jeśli nawet tak było, to jakoś niespecjalnie chciałam się budzić. Mimo tego po dłuższej chwili i kolejnym przeciągniętym w czasie pocałunku, zdecydowałam się zepsuć atmosferę między nami kilkoma pytaniami.
- Może jednak wrócimy na ziemię, co? – powiedziałam. – Wciąż się zastanawiam jak mnie odnalazłeś… - mruknęłam, patrząc mu w oczy. Zmrużył je lekko. – Mógłbyś mi powiedzieć, skoro nasze stosunki tak wyraźnie… się ociepliły – dodałam unosząc lekko brew. Nie wydawał się wcale zadowolony z tego, czego od niego oczekuję. – Widzę, że nie chcesz tego zdradzić… Może więc powiesz mi coś o mnie? Ponoć wiesz więcej niż ja. Chętnie bym się czegoś dowiedziała. – Spróbowałam jeszcze raz. Dłuższą chwilę milczał, patrząc na mnie i chyba nieco walcząc z własnymi myślami.
- W porządku… - odpowiedział ostrożnie. Usiadł znów na swoim łóżku, ciągnąc mnie za sobą i niemal zmuszając, bym zajęła miejsce na jego kolanach. Przekręciłam się do niego bokiem, a on objął mnie w talii. – Co chcesz wiedzieć?
No i znów nie mogłam go poznać. Wcale się nie buntował, tylko zgodził się uchylić rąbka tajemnicy! Kto by się tego spodziewał? W każdym razie miałam nadzieję, że nie widać po mnie zdziwienia. Mógłby to źle odebrać i jednak nie powiedzieć mi niczego. Odchrząknęłam więc głośno, pokręciłam się trochę na jego nogach i zastanowiłam się, o co w pierwszej kolejności powinnam spytać. W ostateczności wzruszyłam lekko ramionami, bo nic konkretnego nie nasunęło mi się na myśl.
- Po prostu powiedz mi wszystko, co wiesz na mój temat – rzuciłam w końcu. Zamyślił się, a ja nie zamierzałam go poganiać. Czekałam jedynie na jego odpowiedź, zastanawiając się jednocześnie, czy dowiem się czegoś więcej niż to, co zdradził mi Akija.